Łączna liczba wyświetleń

...

...

niedziela, 20 lipca 2014

Cienka granica pomiędzy... c.d.


Zastyga nade mną. Nadal wpatruje się w moje oczy, jakby szukając w nich najmniejszego wahania.

-          Jesteś pewna???

Jego głos, zachrypnięty pożądaniem i to czujne spojrzenie na chwilę rozbudzają we mnie kolejny żar, ale jestem zbyt zmęczona żeby móc się w nim całkowicie rozpalić.

-          Jestem pewna. – mówię spokojnie, pewnym siebie tonem.

Teraz to ja unoszę się lekko i wpijam w jego usta. Mój język pobudza, opanowuje, wwierca się jak najgłębiej, jak najmocniej udowadniając, że wiem, czego chcę. Odrywam od niego usta i unoszę jeszcze wyżej sięgając językiem jego małżowinę. Mój język znów zaczyna tańczyć. Mark wydaje z siebie przeciągły jęk.

-          Jeszcze nieeeee….

Grzecznie wycofuje się więc na poprzednią pozycję. On łapie moje nadgarstki i kładzie się na mnie płasko opierając głowę o moje ramie. Jego ciało jest zbyt ciężkie, żebym mogła swobodnie manewrować i każdy mój ruch przypłacam dodatkowym bolesnym obtarciem. Teraz leży na mnie całym ciężarem i unieruchamia mnie zupełnie. Słyszę jego przyspieszony oddech i czuje teraz już twardy członek napierający na moje udo. Nie wiem, dlaczego znów się zatrzymał, nie rozumiem, dlaczego po prostu sobie nie ulży. Jest mi ciężko oddychać, ale boje się ruszyć. Mija parę minut w ciągu, których zdążyłam całkowicie ostygnąć i wreszcie jego oddech się uspokaja. Zaczyna całować moje ramię i lekko się unosi, uwalniając moją prawą rękę, by swoimi palcami poocierać delikatność pomiędzy płatkami. Wykorzystuje ten moment żeby szybko wślizgnąć rękę pomiędzy nas i dłonią objąć jego nabrzmiały penis. Udaje mi się poruszyć wzdłuż całości dwa razy i na moim udzie czuje śliskość ejakulatu.

-          Musiałaś, prawda??? Nie byłabyś sobą gdybyś odpuściła??? – syczy mi w obojczyk i zaczyna swoim zarostem drażnić szyje.

Ssie ucho i zaraz schodzi niżej by końcówką języka zostawić mokry ślad na tętnicy. Powoli wracają dreszcze. Staram się nadal miarowo poruszać dłonią i delikatnie opuszkiem pocierać wędzidełko, ale Mark umyślnie unosi się i gwałtownie zmienia pozycję, kiedy mój palec jest zbyt blisko celu jednocześnie swoimi palcami wciąż próbuje pocierać, moje wejście. Zaczyna mnie męczyć ta zabawa w uniki. Kiedy znów unosi się próbując uciec, szybko łapię go poniżej za jądra i mocniejszymi uściskami przesuwam kilkakrotnie do jego podbrzusza. Z jego gardła wydobywa się jakiś przeciągły charkot. Jednym susem unosi się i rozchyla maksymalnie moje uda. Namierzając wbija się we mnie gorącym i twardym palem. Wciągam raptownie powietrze i przez chwilę ból jest tak mocny, że przed oczami wirują mi czarne plamki. Potem czuje jak nadziewa się na mnie powoli, całkowicie, do samego końca. Jego żołądź raz za razem uderza głęboko wewnątrz mnie. Czuję zbyt mocno, zbyt nachalnie. Zbyt boleśnie. Zmienia pozycję układając moje biodra jeszcze niżej. Jego ramiona unoszą lekko moje i jego dłonie trzymają moją twarz z obu stron. Przez cały czas wbija się we mnie miarowymi pchnięciami. Jego usta delikatnie kładą się na moich.

-          Spójrz na mnie. – szepcze. – Chcę widzieć twoje oczy.

Podnoszę powieki i widzę jego skupiony wyraz twarzy. Jego ruchy są coraz szybsze, więc choć brak mi sił i ja staram się dopasować do jego rytmu. Jeszcze troszeczkę, dam radę. Kropla potu z kosmyka jego włosów ląduje na moim nosie i tak bardzo chciałabym ją zetrzeć. Jestem zmęczona, spuchnięta i obolała. Chcę żeby skończył. Chcę już iść do domu. Mark zmienia tempo i znów wbija się we mnie powolnymi długimi pchnięciami po same jądra, nie są tak bolesne jak wcześniej, są dziwnie przyjemne. Nadal patrzy na mnie, obserwując każdą najmniejszą zmianę mimiki. Nie wiem, na co czeka, ale wiem, że umie czytać moje ciało lepiej niż ktokolwiek inny i jakiekolwiek próby udawania mogą kosztować mnie więcej niżbym sobie tego życzyła. Znów mnie całuje ani na chwilę nie zamykając powiek. Czuje się bardziej naga niż zwykle. Jakby otwarte oczy odzierały mnie z resztek woalu zakrywającego kształt duszy.

-          Wiem, że już cię nie boli. Chcę żebyś była ze mną do samego końca.

Dociera do mnie, że przez cały czas wiedział, że robił to świadomie. Nasze ruchy są szybkie, gwałtowne, mlaskające. Moje wnętrze pulsuje coraz mocniej i wreszcie przepadam łapiąc urywane oddechy i ciągnąc ściśniętego i rozedrganego we mnie Marka. W ostatnim przebłysku widzę jego pociemniałe tęczówki patrzące na mnie niewidzącym wzrokiem. Potem słyszę jak wtulony w moje ramię powtarza wciąż to samo słowo.

-          Moja, moja, moja……..

niedziela, 22 czerwca 2014

Cienka granica pomiędzy...

Mark niespiesznie pobudza moje ciało, rozgrzewa je swoim wewnętrznym ogniem. Wciąż pachnie mokrą trawą i deszczem co w specyficzny sposób mnie rozczula i na chwilkę zapominam gdzie jestem. Zna moje ciało, wie jak mnie dotykać. Jego wargi kąsają zgięcie obojczyka, a sprawny język kręci koronkową drogę wzdłuż tętnicy. Potem znów schodzi niżej by wreszcie „odpakować” mnie z kokonu ręcznika. Jego gorące ręce przywierają do mojej talii i po chwili jego twarz ląduje pomiędzy piersiami drażniąc zarostem delikatną skórę, scałowując mostek i dążąc dalej w dół. Skrzętnie omija piersi doskonale wiedząc, że ta strefa mojego ciała pozbawiona jest stref rozkoszy. Widzę jego mokrą czuprynę z niesfornymi kosmykami na mojej klatce piersiowej. Jego mokra koszula nieprzyjemnie raz po raz smaga moje nogi i nie pozwala mi się skoncentrować, więc wreszcie syczę:
-          Jesteś mokry, rozbierz się wreszcie.
-          A Ty wciąż sucha, ale daj mi chwileczkę i to naprawię.
W paru ruchach schodzi ze mnie ściąga koszulę i dżinsy i znów dopada do mnie jak spragnione zwierze do wodopoju. Kąsa, całuje liże dłużej zatrzymując się na wgłębieniu pępka. Kiedy schodzi zbyt nisko moje ręce automatycznie zaciskają się na jego włosach i raptownie podciągają w górę.
-          Przepraszam. – szepcze skruszony patrząc mi prosto w oczy.
Ale ja wiem, że zawsze będzie próbował, że nie umie zrozumieć podstawowych zasad i wytyczonych granic. Nie rozumie i nigdy nie zrozumie, że ramy jakie wytyczyłam były dla dobra nas obojga. Nauczył się mojego ciała na pamięć, ale tak naprawdę mnie nie zna. Nie wie o mnie nic. Siedem długich lat gierek, erotycznej zabawy i emocjonalnej szarpaniny to za mało, żeby powstała prawdziwa więź.
Tym razem jego usta wpijają się w moje natarczywie prawie boleśnie. Oddaje pocałunek równie zachłannie. Nasze języki splecione i drążące. Pochłonięte namiętnością i niczym więcej. Na chwile odrywa się od moich ust tylko po to by poślinić palec wskazujący i środkowy. Przylega do mnie lewą stroną a jego prawą dłoń czuje pomiędzy udami. Przez chwilę pociera mocno wejście pomiędzy płatkami, by zaraz wcisnąć oba palce wewnątrz, szybko i z większym niż się spodziewał oporem.
-          Rozluźnij się, wiem że możesz. – szepcze mi wprost do ucha. – Chcę Cię porozpieszczać, wiesz, że potrafię.
Przez ułamek sekundy korci mnie, żeby zrobić mu na złość, ale zaraz mi mija. Dziś nie chcę z nim walczyć. Jego dwa palce poruszają się wolno, ale rytmicznie lekko drgając przy każdym wejściu wewnątrz. Potem dołącza jeszcze delikatne muśnięcie łechtaczki kciukiem. Skupia się na tych ruchach i nie musi długo czekać na efekt. Fale gorąca rozchodzą się po moim ciele jedna za drugą. Łapię urywane oddechy i rozgrzewam się maksymalnie tracąc ostrość obrazu przed oczami.
-          Widzisz jakie to proste – wystarczy że się troszeczkę poddasz i może być tak przyjemnie. Już jesteś mokra, cała mokra, tylko dla mnie. – szepcze i po chwili końcówką języka znów znaczy szyję wzdłuż tętnicy.
Chciałabym umieć się powstrzymać, ale ciało samo dąży do spełnienia. Szum w uszach narasta i zostaje jedynie drżenie wewnątrz mnie. Zbyt szybko, zbyt gwałtownie, zbyt mocno, cała jestem jednym wielkim rozedrganiem jakby nic poza nim nie istniało.....
Nie mam siły, jakby nagle ktoś wyssał ze mnie całe powietrze. Jakby drżenie sprzed minuty wypompowało ze mnie resztki siły życiowej.
-          Jesteś taka piękna tuż po. – mówi Mark po dłuższej chwili.
Leży na mnie całym ciężarem wtulając twarz w zagięcie obojczyka i opuszkami palców rysując linię wzdłuż prawego boku. Czuje jak jego penis delikatnie drga gdzieś w okolicy mojego uda, ale Mark udaje, że jest w stanie to zignorować. Jakby odkładanie własnych potrzeb było jednym z najbardziej naturalnych odruchów. Przez chwilę nie jestem w stanie się ruszyć więc jedynie unoszę lekko dłoń i mimowolnie palcami przeczesuje jego gęstą czuprynę. Czuje ten specyficzny rodzaj zmęczenia i odrętwienia, wiedząc że za chwilę przyjdzie fala chłodu. Mięśnie przestaną rozgrzewać od wewnątrz i zostanie jedynie zimny pot na skórze. Chcę żeby ciepło zostało na dłużej i chce wymusić jego spełnienie. Choć brak mi sił zaczynam minimalnie się poruszać pod jego ciężarem próbując ocierać udem o napletek tańczącego penisa. Jest zbyt ciężki, żeby ruchy były odpowiednio rytmiczne, jednak Mark reaguje szybciej niż bym przypuszczała. Podpiera się na rękach i znów całuje mocno. Aż do bólu. Odrywa się raptownie wpatrując się swoimi rozszerzonymi źrenicami w moje oczy.
-          Przecież masz dosyć, teraz to będzie dla Ciebie tortura. Dlaczego to robisz? – mówi urywanym oddechem. – Nie wytrzymam zbyt długo. Nie chcę Ci sprawiać bólu.
-     Powiedzmy że chcę. 

sobota, 31 maja 2014

Kraina "nigdy nigdy" c.d.


Rozkładana kanapa w kształcie litery „L” na której leży „Możliwość wyspy” i pod oknem widać przeszkloną szafkę z sprzętem audio. Dopiero po chwili widzę głośniki zawieszone w dwóch rogach tuż pod sufitem. Przechodząc z jednego pokoju do drugiego mam wrażenie jakbym przeskakiwała 200 lat w kilka sekund. W łazience otaczają mnie szaro – białe płytki i znów to wrażenie nieskazitelnej czystości. Nawet lustro nad umywalką ma ledwie jeden zaschnięty znak po kropelce wody. Sięgam po duży szary kąpielowy ręcznik z półki wkomponowanej w ścianę obok prysznica i rozbieram się z mokrej sukienki. Otwierając szklane drzwi prysznica zauważam na półeczce żel, którego używam, tuż obok męskiego żelu którym zazwyczaj pachnie Mark. W głowie zaczyna mi migać światełko alarmowe, ale ignoruje je zagłuszając prostymi wytłumaczeniami w stylu: ktoś z jego rodziny używa tego samego żelu, co ja. Rozgrzewam się ciepłą wodą i powoli napięcie spływa ze mnie. Staram się czerpać maksimum przyjemności z tej nie komfortowej sytuacji. Jednak wewnętrzny alarm jak komar w środku nocy nie daje mi spokoju. Po prysznicu otulona w kąpielowy ręcznik zbieram mokre ciuchy i wychodzę z łazienki zostawiając za sobą obłok pary. Mark stoi i majstruje przy laptopie leżącym na parapecie. Wreszcie odwraca się w moją stronę.

-          W dużej szafie powinnaś coś dla siebie znaleźć.

-          Tzn. mogę pożyczyć od Ciebie którąś z koszul od Calvin'a Klein'a??? – zauważam ironicznie.

-          Myślę, że znajdzie się coś odpowiedniejszego niż moja koszula.

-          Może jednak byłbyś tak dobry i mi pomógł. Ni zwykłam grzebać w cudzych szafach.

Przechodzi za mną do dużego pokoju i otwiera drzwi przepastnego mebla z cichym jęknięciem. W środku na kilkunastu wieszakach widzę swoje rzeczy. Nie, nie moje, ale identyczne jak te, które mogłabym wyciągnąć z własnej szafy w własnym mieszkaniu. Sukienki, bluzki, spódnice, nawet mój ulubiony sznurkowy sweter. Na półeczkach tuż obok widzę swoją bieliznę. W ciągu kilku sekund robi mi się potwornie gorąco. Staram się skupić żeby normalnie oddychać, ale nie mogę. Nie umiem. Widzę tylko pulsujący stroboskop gdzieś wewnątrz czaszki i staram się całkowicie skupić żeby zmusić nogi do stania w tym samym miejscu, żeby jakoś zneutralizować odruch ucieczki.

-          Po co trzymasz w szafie moje rzeczy? – pytam najbardziej spokojnie jak umiem choć nadal słyszą delikatne drżenie własnego głosu.

-          Na wszelki wypadek. – uśmiecha się niewinnie i sama nie wiem czy tylko udaje czy naprawdę nie rozumie jak to wygląda.

-          Mark mnie tu nigdy nie powinno być. Rozumiesz….. NIGDY!!!!

-          Ale jesteś. – i znów uśmiecha się jak mały chłopiec. – Sama wiesz, że od dłuższego czasu to już nie jest układ. Przecież to czułaś. Musiałaś czuć.

Łapie mnie w pasie jedną ręką i przytula do siebie tak że przez chwilę nie mogę oddychać. I co ja mam mu powiedzieć? W jaki sposób wytłumaczyć? Dziś i tak niczego nie zrozumie.

-          Jesteś tutaj, jesteś ze mną. Tak długo na to czekałem. – zaczyna szeptać i wdychać zapach moich mokrych włosów.
Nie mam siły mu się opierać. Nagle czuję się zmęczona. Potwornie zmęczona. Poddaje się jego pocałunkom, oddechom i powolnym palcom. Nie ma we mnie krzty woli walki. Całuje mnie coraz bardziej natarczywie, więc rewanżuje mu się tym samym. Bierze mnie na ręce i niesie do mniejszego pokoju na kanapę. Czuje się trochę jak bezwolna kukiełka, której sznurki to odruchy ciała zupełnie pozbawione woli rozumu.

wtorek, 27 maja 2014

Kraina "nigdy nigdy".

Wyjeżdżamy z Pięknej na Plac Konstytucji i stoimy kilka minut w korku. Spoglądam na Marka, żeby sprawdzić czy się denerwuje, ale nadal ma na ustach idiotycznie szeroki uśmiech. Cięgle nie mogę uwierzyć, że zgodziłam się jechać do niego. Jest mi zimno. Chciałabym mu powiedzieć, że się rozmyśliłam, żeby zawrócił i odwiózł mnie do domu, ale w ten sposób okazałbym słabość, a tego sama sobie bym nie wybaczyła.
Na Hożą wjeżdżamy po piętnastu minutach. Pod kamieniczką Marka nie ma miejsc do zaparkowania więc jedzie kawałek dalej i zajmuje jedyną wolną przestrzeń w pobliżu Hożej 41. W całej Warszawie są może jeszcze cztery tak piękne kamienice. Nazywana od jednego z pierwszych właścicieli Kamienicą Brauna została zbudowana pomiędzy 1911 i 1912 rokiem przez Czerwińskiego korzystającego z projektu Heppnera. Jako nastolatka przychodziłam tu specjalnie, żeby kilka minut wpatrywać się w to cudo architektury z początku dwudziestego wieku utrzymanego w stylu wczesnego modernizmu z charakterystycznymi elementami secesji. Jako jedna z nielicznych nie ucierpiała podczas wojennej zawieruchy. Swoisty cud wziąwszy pod uwagę jak bardzo śródmieście zostało zniszczone i ile kamieniczek obróciło się w gruz. Obłe wykroje okienne, zaokrąglone wykusze w elewacjach i przepiękne frezy zawsze wzbudzają mój podziw. Reliefy w kształcie nachodzących na siebie liści dębu dodane z należytym umiarem, jakby podkreślając wyczucie idealnej harmonii twórców.
Czuję na sobie wzrok Marka i natychmiast przestaje się wpatrywać w górę.
-          Znasz tu kogoś??? – pyta i słyszę dziwny tembr jego głosu, nie mogąc odszukać w pamięci co może oznaczać.
-          Nie. – ucinam krótko.
Przechodzimy przez ulicę i idziemy w stronę kamienicy Marka. Kiedy otwiera drzwi znów przechodzi mnie zimny dreszcz. Wewnętrzne ostrzeżenie, że teraz już nie ma odwrotu, że przekraczam jakąś granicę i cokolwiek się stanie, będę mogła winić tylko siebie. W jego mieszkaniu panuje idealny porządek. Z przedpokoju w którym mieści się jedynie ścienny wieszak i mini półka na obuwie wchodzę do dużego jasnego pokoju. Pod jednym z okien stoi okrągły stół i trzy krzesła. Pod ścianą stoi wielka czterodrzwiowa szafa, a po przeciwnej stronie równie szeroka komoda. Meble są w kolorze hebanu i stylizowane na wiktoriańskie co ładnie kontrastuje z bielą ścian i jasnymi panelami podłogi. Za szafą w dwumetrowej wnęce oddzielonej od pokoju blatem, widać coś w rodzaju aneksu kuchennego z wbudowaną lodówką, zlewem i kuchenką indukcyjną. Za komodą widzę drzwi do drugiego pokoju i przez chwilę zastanawiam się jak wygląda, ale Mark jakby uprzedzając mnie idzie i otwiera drzwi pokazując mi swoją sypialnie.
-          Po prawej stronie jest łazienka.
-          Dzięki.
Wchodzę do mniejszego pokoju z jedną ścianą szczelnie wypełnioną regałami z książkami i przez chwilę zazdrość zaciska mi szczęki.

poniedziałek, 12 maja 2014

Wiosenna burza c.d.

Stoimy nieruchomo szybko oddychając jeszcze dłuższą chwilę. Mark przyciska mnie mocno do pnia zakleszczając swoje ramiona nieco powyżej mojej talii. Czuję jak kora miejscami wbija się w moje plecy gdzieś w okolicy łopatek. Chciałabym już poczuć grunt pod nogami, ale nie mogę się przemieścić nie naruszając równowagi naszych ciał i nie narażając nas na upadek. On nadal tkwi we mnie, wypełnia szczelnie, nie maleje. Powoli mokry chłód zaczyna być drażniący. Słyszę szelest deszczu spadającego kroplami na moją torebkę rzuconą na trawę niecały metr dalej. Zaczynam drżeć, ale Mark nie zwraca na to uwagi.
-          Zimno mi. – mówię na głos.
-          Ogrzeję Cię. – nadal dyszy, co zaczyna mnie mocno irytować.
-          Przestań się wygłupiać, chcę zejść.
Jednym szybkim ruchem wychodzi ze mnie i stawia mnie na ziemi. Z bólu momentalnie zginam się wpół i mam ochotę wrzasnąć, ale z moich ust wydobywa się tylko syknięcie.
-          Przepraszam. – mówi, chwytając moją dłoń i patrząc mi prosto w oczy, kiedy już odzyskuje równowagę.
Delikatnie wyciągam rękę z jego uścisku. Korci mnie, żeby zapytać, jak bardzo jego zabolało, ale zaraz mi mija i skupiam się na jak najszybszym pozbieraniu swoich rzeczy i doprowadzeniu się do względnego porządku. Podnoszę z trawy figi, wyciskam najmocniej jak się da i ubieram, klnąc pod nosem, bo mokra bawełna sprawia mi sporo problemów zatrzymując się co chwilę na mokrej skórze ud. Potem zbieram sukienkę od spodu i też bezskutecznie próbuję wycisnąć. Materiał przylepiony do mojego ciała od ramion począwszy tuz na kolanami skończywszy czyni ze mnie nieprzyzwoicie „rozebraną” uwidaczniając aż nadto moje kształty. Uświadamiam sobie jak upokarzająca będzie jazda taksówką do domu. Robię krok żeby podnieść torebkę i przyglądam się jak Mark siłuje się z swoimi dżinsami. Nie mogę się powstrzymać i zaczynam się śmiać. Przerywa szamotaninę, spogląda na mnie zdziwiony, po czym sam wybucha szczerym śmiechem. Jednym susem dopada do mnie podnosi i zaczyna obracać się dokoła własnej osi. Oboje zanosimy się śmiechem a świat wiruje jak na karuzeli. Przez parę chwil znów czuje się jak beztroski dzieciak i jest mi tak dobrze, że chciałabym żeby czas przestał płynąć: „Chwilo trwaj”.
Mark traci równowagę i lądujemy w mokrej trawie. Wzdycham zrezygnowana.
-          Taksówkarz będzie miał z nas ubaw???
-          Po co Ci taxi, przyjechałem Volfim. – odpowiada Mark podpierając głowę na ramieniu.
Volfi (jak go pieszczotliwie nazywa) to jego 15 letni volkswagen pasat b5. Zazwyczaj unika jazdy nim po Warszawie, ale widać dziś zrobił wyjątek. Nie jestem pewna czy to przez jego wcześniejsze przypuszczenia, czekającej go poważnej rozmowy. Jednak cieszy mnie świadomość, że ominie mnie wątpliwa przyjemność pokazywania się w takim stanie innym. Po 10 minutach siedzę wygodnie w beżowym fotelu Volfiego. Mark rusza, a ja rozluźniam się wsłuchując w miarową pracę wycieraczek i uśmiecham sama do siebie. Lubię jeździć z Markiem. Byliśmy razem na kilku wycieczkach za miasto i zawsze jazda była jednym z najprzyjemniejszych elementów takich wypraw.
-          Ufasz mi? – pyta nagle.
-          Zależy w jakiej kwestii. – odpowiadam przyglądając się mu uważnie.
-          Chcę Cię teraz zabrać do siebie.
-          To nie jest dobry pomysł. – staram się nie pokazać natychmiastowej zmiany mojego nastroju.
Jedna z odgórnych zasad dotyczy nie odwiedzania mieszkań poddanych. To oni są zobowiązani odwiedzać mnie, na moim terenie, na moich warunkach. Nadchodzi znajomy skurcz w okolicy żołądka i lodowaty dreszcz przechodzi mnie wzdłuż kręgosłupa.
-          Izra, zrozum, to dla mnie ważne. Przecież było tak przyjemnie i naturalnie, tak po prostu. Chciałbym Ci pokazać kawałek mojego świata. Właśnie teraz.
Najrozsądniej byłoby odmówić. Logika podpowiada, że on wykorzystuje sytuacje, a to zawsze jeszcze bardziej komplikuje relacje. To co się dzieje od dłuższego czasu pomiędzy nami jest wystarczająco pogmatwane. Zjeżdża na chodnik i zatrzymuje się nie wyłączając silnika.
-          Izra, proszę. Tylko ten jeden raz. Proszę. – przewierca mnie na wskroś tymi swoimi szklistymi zielono – niebieskimi oczami.
-          Dobrze, ale o dwudziestej, chcę być z powrotem w domu. Odwieziesz mnie.
Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam. Podświadomie wiem, że robię błąd, że nie powinnam, że będę tego mocno żałować. Mark uśmiecha się szeroko.
-          Nie pożałujesz. Przyrzekam.

„Już żałuję!!!!!!!!!” – wrzeszczy głos w mojej głowie.

piątek, 25 kwietnia 2014

Wiosenna burza


Wiosna atakuje zmysły swoją nieprzyzwoicie krzykliwą odsłoną. Dookoła jaskrawe żółcie forsycji i zielenie na trawnikach kłują oczy, słodki zapach kwitnących jabłoni i bzów całkowicie wypełnia nos otumaniając – nie pozwalając myśleć trzeźwo. Wszystko rozkwita, budzi się do życia po szarej męczącej zimie. Nie jestem w stanie myśleć racjonalnie, nie umiem się skupić, czuję się przytłoczona nadmiarem kolorów i zapachów. Słońce skrzy się w czyściutkich szybach wystawowych i idąc do pracy wciąż mrużę oczy. Kiedy tylko przymykam na chwilę powieki zamiast spokojnej czerni widzę pomarańczowo czerwone kręgi. Ciepło – gorąco zostaje gdzieś głęboko wewnątrz mnie i żarzy się całymi dniami, domagając się rozładowania. Ciało spragnione śmiechu, dziecinnych podskoków, niepohamowanych pisków. Wszystkiego, co pozwala łapać życie w swojej najbardziej radosnej postaci. Mam ochotę uciec na jeden dzień, odpocząć i wchłaniać ten rozbuchany błogostan wiosennej ekstazy, ale wiem, że w biurze nadal mamy dużo pracy. Nie mam sumienia zostawiać majora samego, bo mimo wszystko jest najprzyzwoitszym pracodawcą, z jakim miałam kiedykolwiek okazję pracować.

Z samego rana dostaje sms’a od Marka: „Mam ochotę na gorzką czekoladę – dasz się skusić????”. Zastanawiam się chwilę, czy powinnam się zgadzać na jego warunki. Teoretycznie lubię tą grę i chętnie dziś dałabym się namówić na małe szaleństwo, ale... tak to dręczące mnie od dłuższego czasu „ale”. Ostatnio zbyt często zdarza mu się naginanie układu. Tak jakby za wszelką cenę próbował udowodnić, że to, co nas łączy jest przesycone zupełnie innym odcieniem uczuć. Jakby naznaczał mnie, piętnował na swój specyficzny sposób. Siedem lat upłynęło za szybko. Nie wiem, w którym momencie zaczęły się te nasze chore gierki na „przetrzymanie”, które z nas potrafi lepiej zmanipulować drugie. Po ostatnim spotkaniu zgrabnie unikałam z nim kontaktu, bo też i nie było czasu, żebym mogła w spokoju przemyśleć i coś konkretnego postanowić. Powinnam zadzwonić do Olgi, bo tylko ona potrafi spojrzeć na nasz układ obiektywnie i podpowiedzieć, co robić, ale nie mam ochoty dziś na poważne rozmowy. Dziś chcę się zabawić. Lekko, beztrosko, bez wszystkich dodatkowych „niuansów”. Chcę poczuć, że żyję. Chcę zachłysnąć się całą paletą emocji, wykorzystać czas, który nastał i przez chwilę znów poszybować w górę jak na łańcuchowej karuzeli, kiedy miałam 12 lat.

Odpisuję na sms-a: „Dziś bawię się w zielone.”

 

*          *          *


Wychodzę z pracy parę minut po siedemnastej. Jest idealnie. Zbite chmury zapowiadają deszcz, ale dziś odczytuję to jako miły dodatek – wiosenne oberwanie chmury mile widziane. Spacer, bez dodatkowych obciążeń i pośpiechu. W wyobraźni widzę jak wielu przede mną delektowało się możliwością podziwiania Warszawy w piękny wiosenny dzień. Na chwilę przestawiam się na inny wymiar odbioru rzeczywistości i cofam się do czasów Warszawy międzywojennej. Aleja Szucha wyglądała wtedy bardzo podobnie. Mijam kolejny monumentalny gmach na Szucha 25 mrużę oczy i mija mnie dziewczę w sukience z pasem w okolicy bioder i w czółenkach t-bar na niezbyt wysokim obcasie. Krótkie czarne włosy zawinięte w fale okalają jej twarzyczkę. Zaraz za nią dostojnym krokiem idzie leciwy szarmancki jegomość w idealnie skrojonym garniturze i pięknie przycięta bródką a’la Van Dyke. Z oddali widzę też matkę z małą córeczką. Kobieta z kapeluszem cloche wygląda jak Pola Negri ściągnięta prosto z fotosu filmowego, a pięcioletnia dziewczynka w marynarskiej sukience jedną rączkę ma zaciśniętą na matczynej dłoni, a w drugiej trzyma okrągłego, czerwonego lizaka i wpatruje się w niego swoimi dużymi oczyma jak w największy skarb przez cały czas tajemniczo się uśmiechając. Chwila mija, czar pryska – wracam do tu i teraz. Reszta ulicy nie jest już tak malownicza. Dochodzę do Placu na Rozdrożu i przechodzę na światłach kierując się na otwarta bramę Parku Ujazdowskiego. Mark stoi, nerwowo wpatrując się w zegarek. Wychodzi naprzeciw i lekko ustami muska mnie w policzek.

-         Nie wiedziałem, o której wyjdziesz z pracy i kwitnę tu już od 45 minut. – mówi z nutką pretensji w głosie.

-         Trzeba było zapytać. O ile sobie przypominam, zawsze odpowiadam na Twoje pytania.

-         Nie chciałem Ci przeszkadzać. – mówi i wygina usta w ten ledwo zauważalny grymas oznaczający zniecierpliwienie.

Przez moment wpatruję się w jego przejrzyście turkusowe tęczówki gdzieniegdzie przeplatane złocistymi niteczkami. Nie chcę teraz skupiać się na wojnie podjazdowej, jaka toczy się między nami od dłuższego czasu, więc uśmiecham się promiennie pokazując mu swój cudownie wiosenny nastrój. Chcę się z nim podzielić tą dziecięcą radością wypełniającą mnie dziś po brzeg jestestwa. Chcę go ogrzać oddechem swojego wnętrza, chcę żeby poczuł się tak dobrze jak ja. Łapię go za niespodziewanie lodowatą  rękę i kieruję kroki w stronę parku.

Park jest jednym z tych magicznych miejsc, gdzie można odpocząć od tłoku i pośpiechu miasta. Tu na chwilę czas zwalnia do prędkości snu kota. Uwielbiam ten zakątek Warszawy. Idziemy powoli trzymając się za ręce, delektując zielenią dokoła. Jest mi dobrze, choć powietrze zaczyna gęstnieć. Ciężkie burzowe chmury nadciągają i wiem, że lada chwila poczuje na skórze pierwsze krople deszczu.

-         Coś się dzieje, prawda??? – pyta, stając nagle i lekko szarpiąc moje ramie. Odwracam się i patrzę na niego.

-         Nic się nie dzieje, co miałoby się dziać??? – wzruszam ramionami.

-         Bo Ty nigdy się tak nie zachowujesz, nigdy nie jest tak po prostu. Zawsze trzymamy się ról, scenariusza, zawsze odgrywasz swoją grę. Zawsze wszystko wcześniej ustalamy. Więc coś musi się dziać, a ja chyba nie jestem na to przygotowany. Nie chcę zmian.

Patrzę wprost w jego oczy i dopiero teraz to zauważam. On się boi. Jest sparaliżowany strachem. Spodziewał się poważnej rozmowy, myślał, że chce się go pozbyć. Jego przywiązanie lekko łechta moje ego, ale nie zamierzam tego teraz wykorzystywać.

-         Tak musimy porozmawiać, ale nie dziś, nie teraz i nie tutaj.

-         To, co my tu robimy, po co tu przyszliśmy???

-         Czekamy na burzę. – uśmiecham się szelmowsko, podchodzę do niego najbliżej jak się da i wspinając się na palcach całuję go.

Mój język drąży, władczo podporządkowuje sobie wnętrze jego ust, drażni jego język. Czuję jak jego ręce zaczynają błądzić po moich plecach i mocować się z materiałem sukienki. Zaczyna mi brakować oddechu, więc odpycham go od siebie i raptownie łapię łyk powietrza. Obracam się na pięcie i zaczynam biec przed siebie. Nie mam z nim najmniejszych szans, jednak chcę, żeby mnie gonił, żeby poczuł ten nagły przypływ energii, żeby adrenalina zaczęła krążyć w jego ciele nadając mu odpowiedniej temperatury. Biegnę najszybciej jak umiem nie oglądając się za siebie, ale tuż przy brzegu stawu jego ramiona chwytają mnie w pasie i obracając mocno przyciągają do siebie. Ściska mnie troszkę za mocno i czuje jego przyspieszony oddech gdzieś w okolicy ucha. Lekki dreszcz przechodzi mi wzdłuż kręgosłupa. Jego ręce już gorące jak zawsze zaczynają błądzić po moim ciele. Znów odpycham go od siebie, ale szybko chwyta mnie za przeguby i teraz nie mam już możliwości wykonania jakiegokolwiek manewru.

-         Już mi nie uciekniesz. – szepcze mi wprost do ucha wywołując kolejny dreszcz.

Zaczynam chichotać jak mała dziewczynka. Widzę w jego oczach iskierki. Schyla się i czuję jego język na mojej szyi, obojczyku, karku. Zaczynam oddychać głębiej i moje dłonie same odszukują ścieżkę do zamka jego dżinsów, ale słyszę grzmot i rozsądek podpowiada, żeby przenieść się w bardziej zasłonięte miejsce. Pierwsze ciężkie dwie krople lądują na moim karku i stróżka chłodu biegnie po moich plecach w dół.

-         Chodź. – mówię do Marka ciągnąc go w stronę drzew stojących ładnych parę metrów dalej. – Musimy się schować.

Jeszcze chwila jego ociągania i nagle ściana deszczu moczy nas w ciągu paru sekund. Bawełna sukienki przykleja się szczelnie do mojego ciała, a ja śmieje się w głos, przymykając mokre powieki.

-         To przez Ciebie, chodź wreszcie.

Tym razem posłusznie pozwala się prowadzić. Patrzy zaskoczony na swoja całkowicie przemoczoną koszulę i kiwa z niedowierzaniem głową. Znajdujemy miejsce pod płaczącą wierzbą. Teraz Mark przylega do moich ust i pozwala mi poczuć jego pragnienie. Przyciska mnie swoim torsem do pnia drzewa i sam kieruje moją dłoń na wybrzuszenie na dżinsach. Całuje nachalnie, prawie boleśnie, jednocześnie sięgając jedną ręką pod moją sukienkę pod przemoczone figi. Przeciąga jednym palcem po szczelinie. Jego palec drąży dalej a kciuk drażni moja wrażliwość. Gdzieś we mnie budzi się gorące, wrzące pożądanie. Z letniego wiosennego nastroju zostaje już tylko chęć osiągnięcia spełnienia. Pocieram go przez spodnie, słysząc zduszone charczenie. Chce mnie teraz. Na chwile przestaje mnie rozgrzewać tylko po to by ściągnąć mi figi. Po chwili to ja siłuję się z przemoczonymi dżinsami przyklejonymi do jego bioder. Mój puls szaleje. Wreszcie czuje jak jego rozgrzany pal wciska się we mnie trzema szybkimi ruchami. Zasysam całe powietrze do płuc i przygryzam wargę do krwi. Daje mi chwilę i lekko zmienia pozycję owijając sobie moje nogi wokół ud, unosząc mnie w górę i opierając całkowicie na swoich biodrach. Znów schyla się całując moje włosy i szyję, usta. Potem zaczyna wbijać się we mnie na przemian szybkimi i wolniejszymi ruchami. Mokre ocieranie staję się nieznośne, ale on wciąż balansuje na granicy nie pozwalając ani sobie ani mnie skończyć. Drażni się ze mną, więc w końcu wymuszam pojedynczy skurcz prowadząc nas do wspólnego finiszu. Gorąco przechodzi ze mnie na niego i przez chwilę szum w uszach odbiera mi oddech. Jego końcówka drży głęboko wewnątrz mnie i czuję jak lepkie ciepło powoli przesuwa się po moich udach. Opadam z sił, ale on nadal trzyma mnie lewą ręką, prawą opierając się o pień drzewa. Jego oddech czuje na włosach gdzieś powyżej lewego ucha.

-         Teraz chcę Cię jeszcze bardziej. Uzależniłem się. – dyszy.

 

poniedziałek, 31 marca 2014

Karząca ręka sprawiedliwości


Nie karzę swych podwładnych zbyt często. Wychodzę z założenia, że marchewką więcej można osiągnąć niż kijem, ale czasami, nie mam innego wyjścia. Szymon zjawił się u mnie w pracy. To jedna z niewielu rzeczy, której robić moim podwładnym nie wolno, nigdy. Złamał zakaz i teraz musiał za to zapłacić. Dłuższy czas zastanawiam się, jaki rodzaj kary mu wybrać. Jest biseksualny, więc większość zabaw nawet tych wzbudzających przerażenie u np. Marka, jest dla niego czystą przyjemnością. Nie przestraszy się widząc dildo w mojej ręce, nie będzie błagał, kiedy zechcę użyć ring’a. Sama niezbyt często używam gadżetów w zabawach, bo i nie widzę ku temu specjalnego powodu. Zazwyczaj używam zabawki na specjalne życzenie podwładnego.

Mogłabym dać upust swojej furii i zbić go pejczem tak, żeby następnego dnia odczuwał pieczenie na swojej skórze, ale nie widzę sensu, w zadawaniu mu samego bólu. Fizyczny ból nie daje nic. Czasem wzmacnia doznania, ale tylko, kiedy zna się odpowiedni stan i trzyma się rygorystycznie, żeby nie przekraczać cieniutkiej linii pomiędzy rozkoszą a cierpieniem.

Głowię się nad karą dla Szymona cały długi dzień. Wreszcie jednak znajduję odpowiedni rodzaj tortury. Dzwonię do niego mówiąc, żeby przyszedł wieczorem o 20.00 do mnie do domu i uprzedzam żeby zabrał wszystko, co mu będzie potrzebne, bo spędzi u mnie noc. Pół godziny przed jego przyjściem przyklejam kartkę na drzwi (klucze pod wycieraczką), napuszczam wodę do wanny, zapalam kilka świec i puszczam Billie Holiday. Dla niego kara – dla mnie przyjemność. Wchodzę do wanny i pozwalam zmęczeniu powoli odpłynąć. Świece jarzą się ciepłym światłem i moje oczy wreszcie przestają szczypać. Billie słodko zaciąga, kusząc, wprowadzając swoim głosem w ten błogi stan, kiedy jest lekko i przyjemnie. Zupełnie jakby przy jej stworzeniu w jej gardło wlano same czekoladowo, karmelkowe dźwięki, by przy słuchaniu widzieć ciepła mieszankę pomarańczy i czerwieni na niebie tuż po zachodzie słońca. Kładę głowę na małym ręczniku na krawędzi wanny. Rozluźniam się. Wreszcie słyszę szczęk otwieranych drzwi i trzaśnięcie. Wiem, że się zastanawia, co mi przyszło do głowy i sam w wyobraźni nakręca się najbardziej. Po dłuższej chwili wchodzi do łazienki. Ocenia sytuacje.

-          Co chcesz mi zrobić i dlaczego mam u ciebie spać. Przecież ty nie pozwalasz sypiać w swoim łóżku?

-          Nie będziesz spał w moim łóżku. W ogóle nie będziesz spał dopóki mnie nie przekonasz, że odczuwasz odpowiedni stopień skruchy. I nie pozwoliłam zadawać pytań. Dziś będziesz posłuszny, bo jak wiesz posłuszeństwo cenię sobie bardziej niż inne cechy. Teraz grzecznie staniesz pod ścianą jak sługa i będziesz czekał na rozkazy. I ani słowa bez mojego polecenia – zrozumiano???

-          Tak. – Patrzy na mnie tymi ciepłymi orzechowymi oczami i widzę lekki odcień porażki. Jakby zdał sobie sprawę, że dziś będzie po mojemu, tak jak ja sobie życzę. Jakby zrozumiał, że dzisiejsza zabawa nie dostarczy mu nawet odrobiny radości.

Szymon nie jest typowym poddanym, tak samo jak ja nie jestem typową Panią. Jemu zależy żeby mieć kontakt z kobietą, żeby móc korzystać z tego, co tylko kobieta zaoferować potrafi. Jego stały partner jest 100 procentowym gejem i nie rozumie pewnych potrzeb Szymona. Czasami Szymon prosi, żeby jego Mariusz mógł przyjść na nas popatrzeć. Swoiste okiełznanie zielonookiej bestii zazdrości. Sama staram się nie wnikać i nie oceniam, co dla tych dwóch jest dobre a co złe.

Stoi pod ścianą, opierając się o kafelki i śledzi wzrokiem mój każdy nawet najmniejszy ruch. Gładzę powoli swoją skórę, przenosząc cienką warstwę piany z jednego miejsca na drugie. Prawą ręką muskam szyję, obojczyk, wreszcie zanurzam pod wodę i palce z brzucha ześlizgują się w dół. Najpierw powoli jednym palcem toruję ścieżkę uchylając jedynie drogę do czułego punktu potem już bardziej nachalnie zaczynam się drażnić i pieścić, odpowiednio naciskając lub zwalniając dotyk pęczniejącego guziczka. Wiem że patrzy na mnie cały czas i zdaję sobie sprawę jak bardzo go ten widok nakręca. Chcę żeby patrzył bez możliwości dotyku, chcę żeby cierpiał mając świadomość, że dziś nie poczuje pod palcami mojego pożądania. Znam swoje ciało, reaguje wystarczająco szybko. Czuję fale ciepła, które zamieniają się w wrzątek pulsujący wewnątrz mnie i różowiący moje policzki na szkarłatny kolor. Pocieranie wnętrza i odpowiednie drażnienie łechtaczki doprowadzają mnie na skraj i wreszcie finiszuję łapiąc dwa szybkie hausty powietrza, wypuszczając na głębokim wydechu i wyginając kręgosłup, aż do bólu, rozpadając się na miliony kawałków i ginąc na kilka sekund. Jest mi wystarczająco dobrze, żeby nie chciało mi się ruszać z wanny, ale po dłuższej chwili woda staje się nieznośnie letnia dla mojej wciąż rozgrzanej skóry, więc wychodzę z niej i zawijam w kąpielowy ręcznik. Szymon nadal stoi pod ścianą i wpatruje się we mnie, zaciskając szczęki do granic możliwości.

-          Zgaś świeczki i przyjdź do sypialni.

Billie śpiewa, że nikt nie pokocha mnie tak jak ona, czy przyjdzie deszcz czy będzie świecić słońce i wierzę jej słowom, bo płynąca z jej głosu słodycz jest czystą esencją miłości i częściej dawała mi rozkosz bez dodatkowego obciążenia, niż którykolwiek z moich kochanków. Ale Billie znała największy sekret miłości i zapłaciła za to najwyższą cenę.

Szymon wchodzi do sypialni niepewnie przez dłuższą chwilę nie mogąc zdecydować czy przekroczyć jej próg. Jeszcze tu nie był. Zazwyczaj korzystamy z drugiej sypialni podczas jego wizyt.

-          Rozbierz się i połóż. Ręce nad głowę.

Zaczyna ściągać bluzę i dżinsy i od razu widzę jak bardzo jest pobudzony. Zdejmuje slipki i jego penis wyskakuje jak sprężyna w stanie pełnego wzwodu lekko jedynie krzywiąc się w lewą stronę. Przechodząc w stronę łóżka próbuje wierzchem dłoni dotknąć odkrytej górnej części moich pleców, ale kątem oka zauważam jego ruch i robie zgrabny unik robiąc krok w przód.

-          Nie pozwoliłam ci siebie dotykać. – mówię odwracając się i patrząc mu prosto w oczy.

Przez chwilę znów widzę ten wyraz smutnego poddania w jego oczach, ale zaraz obraca się kładzie się na plecach na łóżku i unosi ręce na głową. Wyciągam kajdanki przypięte do prętów łóżka i zapinam na jego nadgarstkach. Zdejmuję ręcznik i sięgam na półkę po lubrykant. To są suche dni, a ja potrzebuję śliskości, więc wyciskam odrobinę i nawilżam się pomiędzy wargami aż do wejścia. Robię krok nad leżącym Szymonem i lekko opadam na jego uda okrakiem. Rodzaj tortury, który zaplanowałam jest dla mnie swoistym rodzajem gimnastyki, więc chwilę moszczę się w odpowiedniej pozycji. Dłonią rozchylam płatki i nakierowuję na podstawę członka tak by go otulały. Opieram dłonie na własnych udach i powoli delikatnie unoszę się ślizgając wnętrzem po całej długość jego instrumentu. Kiedy jestem już na samej górze tą samą drogą powoli opadam w dół. Szymon najpierw nie rozumie, co się dzieje, zaczyna się szarpać. Jego mózg podpowiada zbliżającą się rozkosz, ale rozkosz nie nadchodzi. Zostaje zawieszony nad krawędzią bez możliwości manewru. Zaczyna mnie to wciągać. Powolne ruchy w górę i w dół, ślizgając się po jego penisie, zatrzymując tuż nad moim wejściem, hacząc końcówkę jego żołędzi o ten mały kawałeczek skóry i za każdym razem opadając czuje sadystyczną przyjemność uniemożliwiając mu odczucia spełnienia. On wiję się prężąc i próbując za wszelka cenę dostać się do środka, ale ja właśnie wtedy miękko przesuwam się płatkami w dół.

-          Błagam, wpuść mnie, choć na chwilkę – dyszy, szarpiąc się z kajdankami i znów wyginając się jak najwyżej.

-          Przyrzeknij, że już nigdy więcej nie złamiesz żadnego zakazu.

Szymon wierci się dysząc i wreszcie kiwa głową.

-          Przyrzekam.

Znów moje biodra unoszą się powoli w górę, ale tym razem pozwalam żołędzi zagnieździć się w środku i opadam wchłaniając jego penis w całości, aż po same jądra. Trzy szybkie ruchy w górę i w dół i Szymon wydaje z siebie głośne przekleństwo a ja czuję jak jego gorąco i pulsowanie drga wewnątrz mnie.

Po dłuższej chwili schodzę z niego i uwalniam jego ręce.

Ruchem głowy pokazuję drzwi.

-          Śpisz w drugiej sypialni. Łóżko już jest przygotowane.

-          Co musiałbym zrobić żeby zostać tu z tobą???
Parskam szyderczym śmiechem i kiwam głowa z niedowierzaniem. Szymon wstaje, zbiera rzeczy i wychodzi z mojej sypialni. Zamykam za nim drzwi i przekręcam w zamku klucz.