Łączna liczba wyświetleń

...

...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2016

Powrót c.d.

Tuli mnie dłuższą chwile. Czuję się trochę jak pisklak w jego żelaznym uścisku. Nie wiem czy to przez moje przytłumione zmęczeniem zmysły, zamiast czułości wyczuwam władczość w jego zaciśniętych na mnie ramionach, ale nie mam siły protestować, nie ma we mnie nawet krzty oporu. Jego ramiona wreszcie się odprężają a jego palce powoli zaczynają przesuwać się w stronę mojego karku. Opuszkami dotyka linii pomiędzy skórą a włosami. Dreszcz przechodzi przeze mnie jakby z opóźnieniem. Moje ciało jest zbyt zmęczone, zbyt obolałe, żeby reagować naturalnie.
-          Tak długo czekałem. Chce cię jeszcze bardziej, jak to w ogóle możliwe. – mówi zachrypniętym głosem wprost do mojego ucha.
Nie czeka na moją odpowiedź, pochyla głowę bardziej i po chwili czuję jego mokre, gorące pocałunki na szyi. Chciałabym mieć siłę by cieszyć się jego podnieceniem, jego potrzebą odczuwania mnie... mojego ciała, zamiast tego jestem jak zepsuta marionetka, w której większość sznurków się porozciągała i poruszają kukiełką w nieskoordynowany sposób. Jestem jak lalka wyjęta z makabreski. Sama trzymam się jedynie siłą woli. Szczypie mnie policzek i nagle przypominam sobie o opasce na udzie i wiem że muszę jak najszybciej ją zdjąć i opatrzyć dziurki po kolcach. Delikatnie kilkukrotnie odpycham Matiego od siebie, ale jego ciało lgnie jeszcze bardziej w moją stronę.
-          Muszę do łazienki.
-          Teraz??? – nie ukrywa swojego niezadowolenia.
-          Tak, teraz. – odpowiadam najbardziej stanowczym tonem jaki jestem w stanie z siebie wydusić.
Wchodząc do łazienki, czuje jak cała siła uchodzi ze mnie wraz z jednym wydechem jak spuszczone powietrze z nagle przekłutego balonika. Widok zasłaniają mi wielkie czarne kręgi a wzdłuż kręgosłupa wślizguje się gorąca lawa, ogłuszając i odcinając mnie skutecznie od rzeczywistego świata. Odruchowo opieram się plecami o ścianę żeby mimo wszystko nie upaść. Przymykam powieki wsłuchując się w tą małą wewnątrz mnie powtarzającą w kółko: „Będzie dobrze, wszystko będzie dobrze.” oddycham spokojnie i głęboko, bo dopóki mózg ma tlen jestem w stanie zapanować nad ciałem. Odliczam do piętnastu i otwieram oczy. Obraz nadal nieco pożółkły ale już nie czarny – jest lepiej.
Idę do apteczki i sięgam po jodynę i bawełniane płatki. Przy ściąganiu rajstop rozmazuje krew na skórze i przez chwile, ułamek sekundy widzę scenę z spływem prysznica z „Psychozy” w technikolorze, potem odkręcam zimną wodę przemywam dziurki po kolcach, wycieram bawełnianymi płatkami i wreszcie delikatnie skraplam jodyną żeby odkazić otwarte rany. Wstaje i przyglądam się zdziwiona zmęczonej, podrapanej na policzku twarzy w lustrze. Zimną wodą ochlapuje twarz i trę najmocniej jak się da – mam ochotę krzyczeć, krzyczeć ile tylko powietrza w płucach, żeby wykrzyczeć z siebie cały ten mierny bezsensowny ból, ale nie mogę. Zamiast krzyku czuje tylko szczypanie nadchodzących łez. I płyną złośliwie gorące bezgłośne mieszając się z lodowatą wodą. Wycierając twarz przez moment wpatruje się w czarne ślady po tuszu do rzęs – test rorschacha – przemyka mi przez głowę.
-          Wszystko w porządku? – Mati niecierpliwi się za drzwiami.
-          Tak tak, już wychodzę.
Nie jestem pewna jak długo wytrzymam, bo czuje się jakby wszystkie mięśnie buntowały się przed najmniejszym nawet ruchem. Ból i odrętwienie bólem nic więcej we mnie nie ma. Otwieram drzwi i znów ciężkie ramiona Matiego oplatają mnie szczelnie. Teraz już nie bawi się już w czułości. Jego usta zachłannie wpijają się w moje. Nie zauważa nawet spuchniętego przygryzienia, które mnie drażni – bardziej niż powinno. Jego usta są chciwe, język nachalny. Jedną rękę nadal trzyma mnie mocno drugą opuszcza i wkłada między uda, szybko odnajdując wzgórek, bez odrobiny pieszczoty mocno pociera przez materiał majtek. Nie zauważa braku reakcji. Widzi tylko czerwone policzki i czuje gorącą skórę.
-          Chcę Cię… bardzo – charczy wprost do mojego ucha.
-          Szybko. – wyduszam z siebie.

Ta wewnątrz mnie ze złością tupie nogą, ale na to żeby się przed nią tłumaczyć też nie mam siły. 

niedziela, 15 lutego 2015

Uzależnienie...

W drodze do domu siedząc obok niego w samochodzie mrużyłam oczy. Światła miasta rozmazywały się w łunach i na chwilę mogłam pogrążyć się w nierzeczywistym kolorowym świecie jak Alicja po drugiej stronie lustra. Miarowy ruch wycieraczek i jego dotyk przywracał mnie do tu i teraz. Gorąca duża dłoń, którą co chwilę kładł na moim kolanie parzyła moją skórę. Chciał czuć, że jestem obok, jakby sam widok mu nie wystarczał. Wiedziałam, że o coś chciał zapytać, bo jedna ze zmarszczek na czole układała się w charakterystyczny łuk, ale nie chciałam go poganiać. Jest mniej cierpliwy ode mnie w wyrażaniu swoich myśli, więc wreszcie wydusi z siebie, o co chodzi. Zaparkował przed bramą i bez słowa wszedł za mną  na schody i do mieszkania. W korytarzu próbował pocałować mnie w szyje, ale lekko się odchyliłam i skręciłam do kuchni.
-          Czemu się ze mną droczysz???
-          Nie droczę się tylko chce zrobić herbatę.
-          Nie chcę herbaty. Chcę Ciebie.
-          Jestem cała mokra. – i zmęczona, dodaje w myślach.
-          Lubię jak jesteś mokra. – uśmiecha się, szczerząc zęby jak młody wilczek.
Przechodzę w stronę sypialni dla gości przez uchylone drzwi, czując jak kroczy tuż za mną. Zapach, który czułam tam pod mostem teraz jakby się wzmógł, jakby znów się urzeczywistnił. Czuję jego gorące palce na moim biodrze nawet przez mokry materiał sukienki. Nie wytrzymuje zbyt długo, łapie mnie w pasie i przyciąga do siebie. Drzwi lekko domykają się. Patrzę mu prosto w oczy. On natychmiast przyciska mnie jeszcze mocniej do siebie. Zaczyna wdychać mój zapach oddychając coraz ciężej. Szuka moich ust, ale drażnię się z nim, dając mu jedynie błądzić po szyi i policzkach. Jego ramiona przyciskają mnie do niego w żelaznym uścisku. Nie za bardzo mogę manewrować, jednak, kiedy tylko zbliża usta kąsam jego wargę. Syczy. Czuję jak lekko zwalnia uścisk i przesuwa palce tuż pod sukienkę. Zaciskam uda uniemożliwiając jego palcom przesunięcie się bliżej mojego wejścia. Specjalnie naciskam i jednym krokiem zamieniam nasze miejsca, teraz to on plecami przywiera do drzwi. Nadal drażnię się z nim, dając mu odczuć swój oddech na policzku, tuż przy uchu, ledwie muskając jego usta. Mateusz szuka dotyku moich ust z coraz większym szaleństwem i zapamiętaniem. Wreszcie całuję go miękko wdzierając się w jego usta. Mój język drąży, porusza wszystkie nawet najbardziej wrażliwe miejsca. Na chwilę przerywam.
-          Jesteś pionkiem w mojej grze. – szepczę wprost do jego małżowiny.
Potem znów przywieram do jego ust, schodzę językiem na szyję, wreszcie do ucha. Jego jęk brzmi dla mnie jak muzyka. Uśmiecham się do siebie. On nie mogąc się swobodnie poruszać zaczyna się szamotać. Próbuje dostać się do moich czułych miejsc, na szyi, karku, lecz jest jak w pułapce. Przyparty przeze mnie do drzwi. Delikatnie odpinam guziki jego spodni i koszuli. Mój język nadal błądzi w jego uchu, moja lewa lodowata ręka delikatnie przemieszcza się po jego prawym boku, drugą ręką pocieram sztywne wybrzuszenie w dżinsach. Jego zapach i smak pobudzają mnie. Przysysam się do jego ust, ale na krótko. Jego oddechy są coraz szybsze. Przyciska mnie do siebie z całych sił.
-          Nie uduś mnie. – szepcze i czuję jak jego ciało drży.
-          Co tttyyy ze mnąąąą robiszszsz? – pyta pomiędzy szybkimi oddechami.
-          Nic, na co sam nie miałbyś ochoty.
Wydaje mi się, że za moment skończy, ale on gwałtownie odrywa się od drzwi lekko popychając mnie w głąb pokoju i z impetem dopada do mojej mokrej sukienki. Szarpię się z nią chwilę, po czym jednym ruchem zrywa. Guziki spadają stukotem na podłogę, sukienka spada ciężkim plaśnięciem. Sama zsuwam z jego ramion koszulę. On unosi mnie i całuje gorączkowo drążąc językiem. Moje nogi oplatają go w pasie a płatki wyczuwając pod grubszym materiałem jego nabrzmiały penis instynktownie ocierają się o niego. Nasze ciała uprawiają jakiś rodzaj mało subtelnego tańca to zbliżając to oddalając się od siebie. Spodnie zaczynają go drażnić, więc stawia mnie na podłodze i szamocząc się pozbywa się ich rzucając niedaleko mokrej sukienki. Tym razem to ja popycham go na kanapę. Nie jest rozłożona, więc ląduje na niej na siedząco z członkiem w pięknym stojącym wzwodzie. Siadam na nim okrakiem i jeszcze chwilę jedynie ocieram się o niego. Potem chwytam sztywny penis w dłoń i nakierowuję wprost pomiędzy płatki. Nadziewam się najwolniej jak się da starając kontrolować swoje oddechy, ale jego wściekłe przekleństwa dekoncentrują mnie w chwili, kiedy jest już cały we mnie. Zaczynam poruszać się miarowo, powoli dokładnie wyczuwając jego rozdygotanie. Jego wielkie dłonie łapią mnie w pasie i przez cały czas próbują narzucać szybsze tempo, ale stanowczo utrzymuje wolny rytm, jedynie delikatnie przyspieszając, co jakiś czas. Utrzymuje ten stan do momentu, kiedy mój pot i mlaskanie naszych ciał nie pozwalają mi już przedłużać katorgi. Moje ruchy są coraz bardziej naglące. Czuję jego żołądź wbijającą się we mnie najgłębiej jak się da i już nie mam siły powstrzymywać się przed skurczami. Ich fala pogrąża moje ciało w jednym nieustającym drżeniu. Kiedy już mogę złapać oddech on zaczyna dygotać i przedłużonym oddechem w zagłębieniu mojego obojczyka kończy ściskając mnie do bólu obręczą z swoich ramion. Po dłuższej chwili jego ramiona opadają i oddech się uspokaja.
-          Jak to możliwe, że im więcej Ciebie mam tym bardziej Ciebie chcę??? To przecież niemożliwe uzależnić się tak od drugiej osoby.

-          To tylko cielesność, cielesność w końcu Ci się znudzi.

wtorek, 27 stycznia 2015

Teraz, już...

Taniec pozwala się wyżyć. Uzewnętrznić wszystkie emocje, bez dodatkowej babraniny, poza potem słono osiadającym na całym ciele i zapachem wypitego alkoholu. Pozwala zapaść się w sobie i obudzić z kacem następnego dnia. Pamiętam, dlaczego wcześniej chodziłam do klubów. Klubowe życie wciąga, bo nie jest realne. Bo jest jedynie przyjemną odskocznią od monotonii rzeczywistości. Jest jak chwilowa magia, która szybko zmienia się w ból głowy i mdłości o poranku. Kiedy Szymon ciągnie mnie w stronę baru zastanawiam się czy dziś wieczór, znów chcę się całkowicie zatracić i szybko podejmuje decyzje. Nie.
-          To, co dwa szoty?
-          Wodę z lodem.
Szymon przygląda mi się uważnie, ale po chwili, kiedy może już stanąć tuż przy barze zamawia szota i wodę. Po lewej stronie widzę barmana, u którego są moje rzeczy. Obserwuję jego szybkie wykalkulowane ruchy i mimowolne gesty. Nie jest przypadkowym studentem próbującym dorobić, zna się na tej robocie. Jest zwinny i spostrzegawczy. Jego ciemne oczy błyszczą w odbijającym się w szkle neonowym świetle. Pod koszulką widać wyrobione mięśnie, odznaczające się bardziej przy każdym wyciągnięciu tułowia. Odwraca głowę w moją stronę jakby wyczuwał, że na niego patrzę. Uśmiecha się do mnie zapraszająco i zmienia minę na zdziwioną, kiedy Szymon łapie mój łokieć próbując skierować w stronę wąskiej ławy stojącej pod ścianą. Siadamy. Wpatruję się w bezładną masę ciał podrygującą w stroboskopowym świetle. Czarne i białe pulsujące rozbryzgi. Obraz przed moimi oczami przypomina mi jedno z dzieł Jackson'a Pollock'a. Przymykam powieki, żeby oczy odpoczęły od drażniącego rozdygotanego światła.
-          Dobrze się czujesz? – Szymon mówi wprost do mojego ucha, delikatnie głaszcząc moje ramię.
-          Tak. Jestem trochę zmęczona. – otwieram oczy.
Wydaję mi się, że mój głos jest zbyt cichy, ale Szymon po chwili znów się odzywa.
-          Wiesz, dlaczego Olga Cię tu ściągnęła?
-          Kiwam twierdząco i upijam łyk zimnej wody.
-          Chciała mnie na chwile zgarnąć. Dawno się nie widziałyśmy. Zbywałam ją i poczuła się zaniedbana.
-          Chyba chodzi o coś więcej. – odwraca się tak, żeby patrzeć mi prosto w oczy, chwyta mnie mocno za rękę jakby próbując wesprzeć. – Wypytywała o Ciebie bardziej szczegółowo niż zwykle. Kiedy się ostatnio widzieliśmy, co robiliśmy, o czym mówiliśmy. Pytała nawet jak odpowiadałaś, kiedy się z Tobą kontaktowałem. I pytała o tego Twojego nowego. Ale ja jeszcze nie miałem z nim przyjemności. Nie wiem, co jest grane, ale lepiej z nią pogadaj, bo ta kobieta nigdy nie odpuszcza. – zawiesza głos i po chwili widzę jego lekko skonsternowany wzrok.
Olga podchodzi do nas z promiennym uśmiechem i siada pomiędzy nami rozdzielając nasze ręce.
-          No kochani, chyba nie utknęliście na tej ławie??? Izra, Tom nagrał dla Ciebie jakieś kawałki, powiedział, że tylko Ty będziesz potrafiła je docenić. – kładzie płytę Cd na moich kolanach. – Wspomniał, że jutro chętnie by się z nami spotkał na mieście, bo wieczorem ma samolot.
-     Olga, wiesz, że nie mogę. Właściwie to powinnam się zbierać, bo jutro nie zwlekę się z łóżka. – w moim głosie słychać zmęczenie i podświadomie mam nadzieję, że słychać je na tyle wyraźnie, by Olga pozwoliła mi się ewakuować do domu.
-          Nie żartuj, jeszcze nie ma pierwszej.
-          Nie żartuję. Muszę się zmywać. Jestem padnięta, a za parę godzin muszę być w pracy. Ale Ty zostań i baw się za nas dwie. – wstaję, zabierając płytę i sięgając po ostatni łyk zimnej wody.
Przepycham się do barmana i proszę o swoją torebkę i kurteczkę. Podaje mi lekko nachylając się w moją stronę i uśmiechając drapieżnie.
-          Koleżanki Olgi, zawsze są mile widziane. – nie wiem, co oznaczają jego słowa, ale domyślam się, że Olga przyprowadza tu „TE” dziewczyny i nagle czuję jak zaczynają mnie piec policzki. Robi mi się duszno.
Wychodząc o mały włos nie przewracam się na śliskich schodach, w ostatnim momencie łapiąc się poręczy. Wszystko we mnie pulsuje. Chcę do domu, chcę już być w domu. Na zewnątrz lekko siąpi i wreszcie mogę zaciągnąć się rześkim powietrzem. Robię kilka głębszych wdechów próbując się uspokoić. Idąc w stronę postoju taksówek znów tracę na chwilę oddech. Kilka kroków ode mnie stoi Mark. Podchodzi i kiedy jest już na wyciągnięcie ręki, robi krok w tył, pokazując, że oddaje mi swobodę przestrzeni.
-          Musiałem się z Tobą zobaczyć. Unikasz mnie, a ja już nie miałem pomysłów, co jeszcze mogę zrobić. I ten Twój "bodyguard", strzegący Cię w każdej sekundzie.
-          To mój nowy facet.
-          No błagam, on nie jest w Twoim typie.
-          To ja mam jakiś typ??? – zaczynam z niedowierzaniem kręcić głową. – Olga Ci powiedziała, że tu będę???
-          Nie, ona mi pomogła Cię tutaj sprowadzić. – robi dwa kroki i już jest za blisko.
Czuję jego zapach, mieszanka deszczu, bergamotki, cytryny, pelargonii i przytłaczającej ambry. Nie chcę go czuć, nie chcę jego bliskości, ale kiedy przylega do mnie obejmując nie jestem w stanie go odepchnąć. Budzi we mnie głód, który już raz dziś uśpiłam. Teraz dochodzi do mnie, że popełniłam błąd. Powinnam już dawno mu wytłumaczyć, że to koniec. Powinnam się spotkać i rozliczyć naszą przeszłość. Jego oddech słyszę tuż powyżej ucha i zaraz lekko odrywa się ode mnie i całuje. W tym pocałunku czuję całą jego desperację, bezradność i pożądanie. Moje ciało odpowiada na jego pocałunek, ale tuż pod powiekami pojawia się wielki czerwony neon z napisem NIE!!!
-          Nie mogę. – mówię wprost w jego usta w sekundzie, kiedy nabiera powietrza.
Czas na chwilę zamiera, a on zmienia się w zimnego obcego człowieka.
-          To koniec, prawda???
Kiwam głową, bo nie mam siły powiedzieć tego na głos. Jego ramiona nadal mnie obejmują, ale wiem, że to tylko spowolnienie reakcji, jak w zwolnionym filmie. Mija jeszcze parę minut, za nim jego ciało oddala się ode mnie, odchodzi, w końcu znika z pola widzenia. We mnie nadal gorąco napływa falami i pulsuje, pomimo delikatnie kłujących zimnem kropelek mżawki. Idę przed siebie, ale moje kroki szybko zaczynają zmieniać się w trucht, jakbym mój głód popędzał mnie bardziej, szybciej. Moja bestia obudziła się na dobre, a ja zostałam sama. Zatrzymuję się i wyciągam komórkę. Wysyłam sms-a:
„Przyjedź. Teraz.”
„Gdzie jesteś?”
„Bulwar Grzymały, przy moście.”
„Będę za 10 minut.”
Czas rozciąga się. A ja w nim. Jakby minuty trwały i trwały w zawieszeniu, w bezruchu. Wszystko dookoła zastyga oprócz zimnych drobinek wody delikatnie głaszczących mnie po rozgrzanej twarzy. Wreszcie widzę jego ciemną dużą sylwetkę. Opieram się o balustradę i czekam z napięciem przekraczającym zdrowy rozsądek.
-          Jesteś cała mokra. – mówi, ale na więcej słów mu nie pozwalam.
Przywieram do niego całym ciałem i całuję władczo, chciwie, niecierpliwie. Drży oddając mi pocałunek. Lewą ręką trzyma mnie w zagłębieniu talii, a prawą bezceremonialnie wsuwa pod przyklejoną do ud sukienkę. Szybko namierza wzgórek i zaczyna pocierać tuż pod nim, ale przemoczona koronka fig denerwuje go, więc po chwili klęka na jedno kolano i roluje ją w dół, do kostek, a potem wyciąga z niej moje stopy. Zaczyna całować wnętrze ud, ale kiedy jego język idzie wyżej, moje ręce desperacko zaciskają się na jego włosach i raptownie ciągną w górę. Wstaje lekko zdezorientowany.
-          Dlaczego? – jego pytanie, dławię zachłannym pocałunkiem.
Nie mam teraz czasu na kolejne tłumaczenia i przepychanki. Chcę go jak najszybciej, chcę go teraz. Ale on znów dwoma palcami jedynie pociera wejście. Schyla się i całuje mój obojczyk, jednocześnie zataczając kciukiem małe kółka na łechtaczce. Bawi się moim pożądaniem. Palcem wskazującym lewej ręki łapie kroplę wody z mojego czoła i kreśli nią zarys policzka, podbródka i szyi, potem rozsuwa sukienkę bardziej by lekko gładzić mój mokry brzuch. Wkurza mnie jego opieszałość. Chwytam dłonią jego krocze i lekko ściskam w miejscu, w którym wyczuwam mosznę. Wydaje z siebie lekkie charknięcie. Przez chwilę mocuję się z guzikami spodni i już oswabadzam napiętego i gotowego penisa z lekko drgającą żołedzią. Obejmuję dłonią i przeciągam po całości, skupiając się jedynie na wędzidełku, które delikatnie pocieram kciukiem, czując na palcu lepkość ejakulatu. Wybijam go tym z rytmu.
-          Nie rób tak, bo długo nie wytrzymam.
-          Nie masz wytrzymywać, masz we mnie wejść i skończyć tą zabawę.
Jeszcze raz dłonią przeciągam po jego członku.
-          Naprawdę tylko tego chcesz?! – wyrywa siebie z pół oddechu.

Kiwam głową. Odrywa się ode mnie, bardziej zsuwając spodnie i natychmiast jednym płynnym ruchem wbijając się we mnie po same jądra. Wypełnia mnie całkowicie i wreszcie czuję ulgę. Zaczynam się poruszać. Pręty balustrady wbijają się moje pośladki, a poręcz boleśnie odbija się od mojego kręgosłupa, ale zaciskam zęby byle tylko szybciej poczuć ulgę. Jego ruchy też przybierają na prędkości. Ale więcej w nich złości niż pogoni za spełnieniem. Jakby każdym kolejnym ruchem chciał mnie ukarać. Jego żołądź uderza coraz szybciej głęboko wewnątrz mnie i zatracam się w tym. Byle szybciej, byle mocniej. On opiera swoją rękę za moimi plecami i na chwilę zastyga. Druga ręka wślizguje się pomiędzy nas i zaczyna drażnić moją napęczniałą łechtaczkę. Znów przyspiesza, ale tym razem każde jego pchnięcie jest połączone z lekkim naciskiem z przodu. Nie za bardzo wiem jak, ale skurcze przechodzą gwałtowną falą i mój urywany oddech zagłusza całkowicie myśli. Po chwili on przekleństwem kończy i lepka ciepła sperma delikatnie spływa mi po udach. Jego ręce przytrzymują się balustrady, ale i tak czuję jego ciężkie ciało z opartym czołem na moim ramieniu.           

piątek, 16 stycznia 2015

Odprężenie

To już końcówka września, a ja nadal nie mogę dostrzec najmniejszych symptomów mojej ulubionej jesieni. Jest zbyt ciepło, zbyt sucho, za mało kolorów, za mało zapachów. Wszystko dookoła wydaje się wyjałowione. Przybrudzone żółcie i brązy spadających liści i ani jednego przebłysku przyjemnie grzejących od środka czerwieni i pomarańczy. Lato ociąga się z odejściem, trwa, ale jest bez smaku jak zwietrzały szampan, którego już nikt nie chce dopić. Jadąc do pracy rowerem nadal narzucam na siebie jedynie koszulkę i szorty, a przecież powinno być chłodniej, wilgotniej inaczej. W biurze staram się robić wszystko jak najdokładniej, bo ten psychol Max próbuje wyżywać się na wszystkich, a ja z racji bycia jego asystentką jestem teraz na pierwszej linii ognia. Wróciłam do dawnych nawyków noszenia „zabawek”, bo inaczej w chwilach eskalacji wzburzenia nie umiałabym zapanować nad odruchami i najprawdopodobniej rzuciłabym się Maxowi do gardła. Dziś mam na sobie opaskę na ramię z kolcami zakończonymi igiełkami i kiedy tylko mój szanowny szef wzywa mnie do siebie i zaczyna swoje wrzaski, przyciskam ramię do tułowia najmocniej, by igły wbiły się w skórę. Ból, krótki stan błogości i powrót do samokontroli. Koło południa odzywa się moja komórka, ale jestem zbyt zajęta wklepywaniem danych, żeby ją odebrać i dopiero dwie godziny później mogę sprawdzić i oddzwonić.
-          Mała nie odzywasz się, a obiecałaś. – lekka pretensja w głosie Olgi brzmi niegroźnie, jak u małej dziewczynki.
-          Przepraszam, nie mogę się wyrobić, od powrotu z urlopu.
-          Obiecałaś, że się spotkamy i na spokojnie obgadamy ten twój najnowszy nabytek. Czuję się pominięta, a wiesz, że potrafię być bardzo niegrzeczna, kiedy się mnie ignoruje. – wyczuwam rodzaj ironii, ale nie za bardzo wiem jak na niego zareagować, żeby jej nie sprowokować i nie być zmuszoną do tłumaczenia się z ostatnich wydarzeń. Nie mam na to czasu i chyba najpierw muszę sobie wszystko przemyśleć, żeby potem opowiedzieć jej to w miarę logicznie.
-          Przyrzekam, że w przyszłym tygodniu coś zorganizuję. Spotkamy się na mieście i pogadamy.
-          Przyszły tydzień może być Mała, ale dziś idziesz ze mną do klubu.
-          Olga, nie dam rady. – staram się przybrać błagalny ton.
-          Dasz, dasz. Tom przyjechał, a to jedyny DJ, którego znamy osobiście, więc kochana nie masz wyjścia. Przyjadę po Ciebie o dwudziestej.
Jestem lekko wkurzona, więc odruchowo przyciskam ramię i fala ciepłego bólu zagłusza wszelkie emocje. Teraz szybko muszę wysłać sms-a do Matiego, żeby dziś do mnie nie przychodził. Przez jedną chwilę się waham i przychodzi mi przez myśl, żeby zabrać go z nami, ale wiem jak bardzo Olga lubi w klubach prowokować, więc odpycham ten poroniony koncept jak najdalej. Nie mogę go okłamać, ale nie chcę mu pisać całej prawdy. „Nie przyjeżdżaj. Idę z kumpelą na imprezę. Wrócę bardzo późno”.
     
 *         *          *
Olga punkt dwudziesta dzwoni. Nie zdążyłam się przygotować. Nadal mam mokre włosy. Szybko wsuwam balerinki na stopy zbieram w biegu moją dżinsową kurteczkę, torebkę i wybiegam zatrzaskując za sobą drzwi.
Taksówka pachnie skórzaną tapicerką. Olga patrzy wymownie na wielki zegarek na swoim nadgarstku.
-          Od kiedy to się spóźniasz Mała???
-          Zlituj się, z pracy wróciłam pół godziny temu. – odburkuję siadając obok niej. – Ledwie zdążyłam wyskoczyć spod prysznica.
-          Faktycznie wyglądasz jak zmokły kurczak. – śmieje się dźwięcznie.
Wygląda jak ucieleśnienie męskich fantazji. Włosy kruczoczarne układają się w delikatne fale, bordowe usta kontrastują z mleczną karnacją i ogromne turkusowe tęczówki oczu, od których nie można oderwać wzroku. Czarna bluzka z złotymi aplikacjami z lejącego materiału miękko podkreśla jej figurę i mini kończąca się gdzieś w połowie uda podciągnięta teraz do granic przyzwoitości. Kojarzy mi się z ostatnim zdjęciem Moniki Bellucci z „Figaro” gdyby tylko podmienić aktorce kolor oczu z ciepłego brązu na odblaskowy niebieski. Jest piękna. Nierealnie piękna, jak senne marzenie. Często się zastanawiam, czy gdyby nie nasza wspólna przeszłość miałabym szanse się z nią przyjaźnić.
Dojeżdżamy do klubu po 30 minutach i już zza rogu widać kolejkę przestępujących z nogi na nogę ludzi. Przechodząc obok nich czuję się dziwnie skrępowana, bo większość nawet tych ładniejszych dziewczyn nie będzie miała szansy wejść do środka. Z daleka słychać basy nadające nie zawsze równy rytm.
-          Cześć Byku. – Olga uśmiecha się promiennie do napakowanego selekcjonera w garniturze.
-          Olga, jak miło, o widzę dziś z koleżanką? – uśmiecha się do niej i pochyla żeby ucałować policzek.
-          No wiesz, Izry nie poznajesz?
Byku przez sekundę patrzy mi w oczy i zaraz pochyla się w moją stronę.
-          Izra, kobieto wieki Cię nie było.
-          Wiesz, praca, obowiązki. – czuję się jak na przesłuchaniu, przecież nie powiem, że już wyrosłam z szlajania się po klubach.
Wreszcie przepuszcza nas i wchodzimy do środka. Przechodzimy wąskim korytarzem potem w dół parę schodów. Jeszcze jeden krótki korytarz i wreszcie wchodzimy do wielkiej sali wypełnionej po brzegi ciałami, poruszających się szybko w rytm „Gold Dust” Fresh’a. Przeciskamy się i Olga mocno trzymając mnie za rękę ciągnie mnie w stronę baru.
-          Marcin, zostawimy to u Ciebie OK.?! – krzyczy do barmana podając mu nasze torebki i moją kurteczkę. Chłopak kiwa z uśmiechem głową odbierając nasze rzeczy i mrugając porozumiewawczo okiem.
Potem wciąga mnie z powrotem na parkiet. Zaczynam podskakiwać, ale muzyka przechodzi w inny rytm i słyszę już przejście w inną tonację. Samplowanie w wykonaniu Toma to mistrzostwo świata – piosenki wręcz przenikają się i właściwie nie wiadomo, w którym momencie jedna jest zastępowana przez drugą. Teraz wyraźnie słyszę Kiesze. Światła migają w rytm muzyki z zawrotną szybkością i ciężko mi się skupić, więc poddaję się próbując dopasować do niego własne tempo. Patrzę na Olgę, ale ona nadal podskakuje od czasu do czasu bardziej kręcąc biodrami.
Znów słyszę przejście tym razem to kawałek „Shake it off” Taylor Swift – przypominam sobie zabawny teledysk i robię śmieszne miny. Olga przypatruje mi się i z dezaprobatą zaprzecza ruchem głowy, ale zaraz robi zeza i pokazuje mi język. Rytm pozostaje podobny jednak już inne gitarowe wstawki dają się słyszeć, choć musi minąć jeszcze parę taktów, żebym mogła rozpoznać „Don’t mess with me”. Lubię ten kawałek bardziej. Olga też. Obie zbliżamy się do siebie i tańczymy obchodząc się nawzajem i ocierając jak dwie pantery. Jakiś facet lustruje Olgę z daleka i wiem, jaki manewr Olga wykona, żeby się go pozbyć, ale czekam cierpliwie, aż sama da mi znak. Metrum zmienia się ledwo zauważalnie i nagle słyszę najnowszy kawałek Jack’a White’a „Lazaretto”. Olga w swych wygięciach jest teraz bardziej nachalna. Zbliża się do mnie robi krok pomiędzy moje rozstawione nogi i chwyta mnie w pasie. Znam tą metodę wystarczająco dobrze, żeby grać razem z nią. Ocieramy się o siebie w jednoznaczny sposób pokazując swoją zażyłość. Facet mimo to nie spuszcza z niej wzroku. Następny kawałek „Addicted to you” przez cały czas obserwuje nas stojąc bez ruchu kilka metrów od nas. W jednej ręce ma szklankę, drugą trzyma luzacko w kieszeni dżinsów. Pod koniec kawałka Olga jeszcze bardziej zbliża się do mnie i po paru sekundach nachyla się w stronę mojej twarzy. Całuje mnie kładąc swoje gorące bordowe usta na moich i jednocześnie mocno przyciskając się swoimi piersiami do moich. Jakaś para obok nas na chwilę przestaje się kołysać wpatrując się w to przedstawienie. Olga odsuwa się i zaczyna tańczyć zgodnie z pulsem „Chandelier”. Ruszam się wolniej i patrzę na faceta, który wciąż patrzy na Olgę, choć teraz jest już to wstydliwe spojrzenie człowieka, który ma świadomość, że jest intruzem. Słysząc Ufie uśmiecham się do siebie i wiem, że Tom nadal lubi zaskakiwać i mieszać ze sobą „niemieszalne”. Uwielbiam go za tą różnorodność wyborów. Po chwili tempo przyspiesza i słyszę „I You She together come on baby let’s go” i robi mi się żal, że jednak nie usłyszałam, Peaches w moim ulubionym kawałku. Olga dotyka mojego ramienia.
-          Musze na chwilkę wyjść, zaraz wrócę. – przekrzykuje muzykę.
-          Iść z Tobą? – krzyczę w jej stronę. Zaprzecza ruchem głowy, więc zostaję.
Muzyka się zmienia i rozpoznaję „Get Lucky” Daft Punk’ów. Do takiej muzy łatwo się tańczy, więc ruszam się swobodnie. Nagle czuję jak ktoś łapie mnie w pasie. Odwracam się i widzę Szymona.
-          Co Ty tu robisz?! – krzyczę odskakując od niego jak oparzona.
-          Bawię się. – uśmiecha się zawadiacko i pokazuje ruchem głowy za siebie na swojego faceta. – Pozwolił mi nawet z Tobą się pokręcić. – mówi wprost do mojego ucha.
-          Nie chcę. Jestem tu z Olgą.
-          Wiem, mówiła, że tu dziś będziesz. – zaczynam rozumieć rozkazujący ton Olgi i jej małą intrygę. Chciała mnie tu sprowadzić i zgadała się Szymonem.
Jego ręce w jednym ruchu obejmują mnie i przyciskają do siebie. Nie chcę go, nie mam dziś na niego ochoty. Jednak kołysze się z nim i powoli rozgrzewam. Czuję jego urywane oddechy na moim karku i pomimo zmęczenia budzi się moje nienasycenie. Rozsądek z nim walczy, ale znam ten głód i wiem, że zimna logika rozpuści się jak kawałek lodu na mojej gorącej skórze. Jestem zła na Olgę, uknuła spisek i teraz pewnie zaciera ręce z zadowolenia. Staram się trzymać i skupiam się próbując rozpoznać kolejną ścieżkę, tym razem to Lemaitre coś o zmianie kolorów, ale nawet to nie daje mi wytchnienia, bo palce Szymona zaczynają błądzić pod moją sukienką niebezpiecznie blisko ocierających się ud. Czuję jego język na mojej szyi i odpływam. Jest mi zbyt dobrze. I nagle słyszę charakterystyczny dźwięk drewnianej tarki i mam ochotę piszczeć z radości. A jednak Tom pamiętał.
„I like the innocent type, Deer In the headlight, Rocking me All night, Flexing his might, Doing it right, Keeping me tight, Taking a bite out of the peach tonight”
Wyrywam się Szymonowi z objęć i tańczę sama wczuwając się w nieprzyzwoity do granic możliwości tekst ulubionego kawałka, mrucząc pod nosem to samo, co Peaches. Jestem szczęśliwa, jest mi bosko. Tylko tego było mi trzeba.

piątek, 9 stycznia 2015

Wierzganie...

Siedzimy dłuższą chwilę. Ja nadal skulona, otulona kocem, on w samych bokserkach Bez zbędnych słów, bez dziwnego zakłopotania, jak stare dobre małżeństwo przyzwyczajone do milczenia we własnym towarzystwie. Nie mam pojęcia skąd w nas ten rodzaj dziwnej zażyłości. Przypatruję się dziwnym cieniom na ścianie rzucanym przez płomyki świec. Jestem jeszcze lekko rozdygotana i potwornie zmęczona. Opieram się czołem o jego ramię i pomimo cichego podszeptu strachu gdzieś wewnątrz czaszki, czuję się prawie wygodnie.
-          Masz gorączkę. – mówi Mateusz znanym mi dobrze łagodnym tonem.
-          Zaraz ostygnę. – odpowiadam, zastanawiając jakim sposobem to wyczuł, skoro jego ramię jest równie gorące jak moje czoło.
Nagle odwraca się twarzą do mnie zmieniając pozycję i chwytając swoimi dużymi dłońmi moje ramiona wymusza, żebym się wyprostowała.
-          Przyrzeknij, że mnie nigdy nie okłamiesz. – mówi wpatrując się poszerzonymi źrenicami wprost w moje oczy.
-          Przecież Cię nie okłamywałam. – nie za bardzo rozumiem o co mu chodzi.
-          Po prostu przyrzeknij. – nadal mocno mnie trzyma.
-          OK., przyrzekam, ale Ty przyrzeknij, że będziesz pozwalał mi na moje perwersje podczas seksu. – przez chwilę zastanawiam się nad tym moim małym geszeftem, ale przypomina mi się stary skecz z TEY’a, gdzie diabeł handlował z aniołem i tekst Laskowika, który zamienił dwa różki za jedno skrzydełko: „Tak należy handlować z diabłem dwa za jeden pamiętajcie, dwa za jeden” i zaczynam się uśmiechać.
-          Nie traktujesz mnie poważnie, a to ważne. – palce Mateusza wbijają się mocniej w moje ramiona.
-          Traktuje Cię bardzo poważnie, ale jestem zmęczona. A Ty naciskasz, wciąż bardziej naciskasz. – nie mam siły krzyczeć, a słowa przeze mnie wypowiedziane bardziej przypominają syknięcia.
Rozluźnia uścisk, a do mnie dochodzi, że właśnie bez najmniejszego trudu zmusił mnie do mówienia mu tylko i wyłącznie prawdy. Teoretycznie nie powinnam mieć z tym większego problemu, jednak pewnych historii wolałabym mu nie mówić, wolałabym, żeby nigdy ich nie usłyszał. Oczywiście planuję, że jak zawsze, będę stosować metodę omijania pewnych tematów.
-          Dlaczego zawsze próbujesz kontrolować sytuacje??? – pyta tym swoim głosem terapeuty, burząc w jednej sekundzie mój misterny plan.
-          Bo tylko wtedy czuję się bezpieczna. – odpowiadam cicho przypatrując się opatrunkom na swoich nadgarstkach opartych bezwładnie na udach.
-          To był gwałt, prawda??? – znów ten zwodniczy miły tembr głosu.
-          Tak. – mówię szeptem łykając jakąś ogromną gulę w przełyku i łzy same zaczynają napływać mi do kącików oczu.
W ciągu nanosekundy mój mały świat kurczy się jeszcze bardziej, do ziarenka piasku. Głowa znów pulsuje z bólu i w uszach słyszę przyspieszone dudnienie własnego serca. Chciałabym uciec, chciałabym krzyczeć, a zamiast tego rzucam się z rękami na Mateusza. Zaciśnięte pięści trafiają w jego twarde napięte mięśnie i choć boli mnie tak samo jak jego, nie jestem w stanie się zatrzymać. Bije na oślep, byle uderzać, byle go bolało. Dopiero kiedy ze zmęczenia brakuje mi powietrza, zauważam, że nie drgnął nawet o milimetr. Tak jakby pozwalał mi się wyżyć na sobie. Wściekłość przybiera na sile jeszcze bardziej. Chcę go zranić najmocniej jak się da, więc ostatkiem sił chwytam za jego włosy i ciągnę w stronę swojej twarzy. Całuję tylko po to by po sekundzie przygryźć jego wargę najmocniej jak się da. Po chwili i moje i jego usta są pełne krwi. Dopiero teraz Mateusz reaguje. Jego dłonie sprawnie zakleszczają się na moich ramionach i odsuwają mnie od niego na bezpieczną odległość.
-          Przestań, już dosyć. – krzyk w jego wydaniu, to jakaś nieznośna kakofonia. Z kącików ust spływają mu karmazynowe ścieżki.
Opadam na łóżko, dysząc i łykając słodko – słony posmak jego krwi i własnych łez. Przymykam oczy. Niech już sobie idzie, niech mnie wreszcie zostawi w spokoju. Jestem zbyt zmęczona żeby to dalej ciągnąć. Czuje lekkie dreszcze rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Nie wiem jak, ale zdążyłam się zwinąć w pozycję embrionalną. Mateusz siedzi za mną i lekko głaszcze moje plecy.
-          Przepraszam, nie chciałem. Izra, odezwij się, powiedz coś, porozmawiaj ze mną, proszę. – jakaś błagalna nuta przebija się w jego głosie ponad standardowy tembr.
-          Czy Ty nie rozumiesz, że już nie mogę. Nie mam siły. – mój głos się rwie, słychać w nim moją słabość. Nienawidzę okazywać słabości, taką może mnie oglądać tylko jedna osoba, tylko Olga.
Powoli prostuje ręce i nogi, ale zaraz bolesne skurcze atakują większość mięśni. Odwracam się w jego stronę i patrzę prosto w oczy mrużąc wzrok i zaciskając szczękę.
-          Przepraszam, nie chciałem aż tak naciskać, skończymy innym razem.
On nadal nie rozumie, że ja wcale nie zamierzam kończyć tej rozmowy. Nie przyjmuje do wiadomości, że ja o tym nigdy nie będę z nim chciała rozmawiać. Tylko jedna osoba na świecie jest w stanie mnie zrozumieć i tylko z nią, z Olgą mogę o tym mówić.
Mateusz podnosi się z łóżka, wstaje i wychodzi z pokoju. Przez chwile mam nadzieję, że się pozbiera i wyjdzie, ale słyszę, że puszcza wodę obok w łazience i dociera do mnie, że dziś będzie u mnie nocował.
-          Pogaszę świece i położymy się spać. – znów mówi do mnie jak do małego dziecka, podchodzi do komody i zdmuchuje każdą świecę osobno.
Nie jestem w stanie teraz mu wytłumaczyć, że nie sypiam ze swoimi facetami, że powinien przejść do drugiej mniejszej sypialni. Jestem zbyt obolała i zmęczona. Podchodzi do mnie ze zmoczonym ręcznikiem i wyciera moje usta.
-          Swoją drogą, gryźć to Ty potrafisz. – krzywi usta w półuśmiechu i zaraz syczy z bólu, kiedy rana na wargach otwiera się i krwawi.
Potem wyciąga prześcieradło ze skrzynki na pościel i przykrywając nas oboje kładzie się obok zgarniając mnie ramieniem na wysokości piersi.
Jest mi ciepło. Jestem zmęczona. Wszystko mnie boli. Zasypiam.

*          *          *

Jest mi potwornie gorąco. Jakby mnie gotowano w wielkim kotle z wrzącą wodą. Jestem cała spocona i nie mogę normalnie nabrać powietrza, dusze się. Budzę się nagle i nabieram powietrza raptownie, żeby jak najszybciej uzupełnić braki tlenu w płucach, ale nie mogę. Przez moment nie wiem gdzie jestem i co się dzieje. Po chwili z czerni wyłaniają się kształty i już wiem. Ramię Mateusza przydusza mnie i dlatego nie mogę nabrać w płuca tyle powietrza ile bym chciała. Jego tors przyklejony do moich pleców i lewe udo oparte na moim grzeją jak hutniczy piec. Muszę się jakoś wydostać z klatki jego ciała, ale każdy mój ruch może go obudzić, a tego wolałabym uniknąć. Staram się wymyślić jak najszybciej jakiś sposób i wreszcie lekko unosząc jego łokieć jednym ruchem wysuwam się z obręczy ramienia i lekko przesuwając jego nogę swoją stopą uwalniam dolną połowę mojego ciała. Potem cicho ześlizguję się z łóżka i wymykam do drugiej sypialni.
Światło księżyca połyskuje na drewnianych klepkach podłogi. Zwabiona poświatą podchodzę do okna. To jeszcze nie pełnia, brakuje może trzech, może czterech dni, jednak już srebrna kula przyciąga swoją majestatyczną magią. Staram sobie przypomnieć wszystkie oglądane przeze mnie obrazy, na których księżycowe światło oddawałoby piękno tego naturalnego satelity ziemi i sama nie umiem się zdecydować, czy dziś księżyc jest bardziej mroczny jak na obrazach Turner’a, czy z cudowną srebrzystą poświata pozwalającą dostrzec każdy najmniejszy szczegół okolicy jak w dziełach większości Pether’ów. Potem zastanawiam się którego z Pether’ów lubię najbardziej i pomimo, że od razu skreślam ojca Abrahama, nie umiem wybrać między Sebastianem i Henrym. I choć lubię ich obrazy, doskonale wiem, że żaden malarz, nigdy, nie będzie w stanie uchwycić tego idealnego piękna. Bo właśnie jego nieuchwytność czyni je doskonałym.
Skrzypnięcie drzwi. Jednak się obudził. Słyszę odgłos jego stóp na podłodze, ale nadal wpatruje się w niepełną tarczę księżyca.
-          Nawet sobie nie wyobrażasz jak seksownie teraz wyglądasz. – jego głos lekko zachrypnięty, rozdziera idealną ciszę.
-          Naga kobieta zawsze wydaje się facetom seksowna. – odpowiadam wzruszając ramionami.
-          Czemu nie śpisz?
-          Bo nie umiem spać z inną osobą w jednym łóżku. – mam nadzieję, że zrozumie, że odpuści.
-          Przyzwyczaisz się.
Podchodzi blisko, tak że znów czuję gorąco jego ciała. Opuszkami palców, odgarnia włosy z mojej szyi i delikatnie dotyka karku. Przechodzą mnie dreszcze i czuję jak włoski jeżą mi się na skórze. Pochyla się i jego oddech na mojej szyi wzbudza kolejną falę dreszczy. Tak bardzo tego nie chcę, ale moje ciało reaguje instynktownie – wbrew mojej woli. Jego usta miękko dotykają szyi tuż przy tętnicy i już nie ma we mnie najmniejszej siły oporu. Jego ręce teraz przyciągają mnie wprost do jego gorącej skóry.
-          Przyzwyczaisz się do mnie, tak jak ja nauczę się Ciebie. – szepcze wprost do mojego ucha.

Jego słowa uwierają, bo nie chcę przyjąć do świadomości, że on może mieć rację...   

sobota, 6 grudnia 2014

Odkrywanie kart.

Ciemno dokoła mnie uspokaja rytm mojego serca. Zwalnia coraz bardziej i wrażenie, że płynę, unoszę się odprężona, przenosi mnie w błogostan sennego upojenia. Jakiś dziwny dźwięk przypominający szuranie nie pozwala mi całkowicie zapaść się w tym przyjemnym stanie. I zapach – znany mi, choć nieprzyjemnie drażniący. Próbuję odszukać w pamięci ten charakterystyczny zapach i wreszcie przypominam sobie – mieszanina lizolu, chloraminy i połowy tablicy Mendelejewa. Szpital. Powoli otwieram oczy. Ściany w kolorze bezpiecznego beżu i pielęgniarka wystukująca coś na klawiaturze. Kilka osób na plastikowych krzesełkach przytwierdzonych do metalowych prętów na ścianie i nad podłogą. Opieram się na lewym ramieniu Mateusza, który pisze coś ołówkiem w notatniku.
-          Co piszesz??? – pytam próbując zajrzeć na kartkę.
-          Obudziłaś się? To dobrze. – zgrabnie unika odpowiedzi zamykając notatnik. – Chyba za chwilę nasza kolej.
Unoszę cięższą niż zwykle głowę i prostuję się na niewygodnym kawałku plastiku. Mateusz delikatnie odwraca moją lewą rękę i wpatruje się w przesiąknięty krwią bandaż.
-          Nadal nie rozumiem, co chciałaś przez to osiągnąć???
-          Chwila słabości, czasem mi się zdarza… Jak każdemu. – sama nie mogę uwierzyć, że odpowiadam mu zgodnie z prawdą. – Właściwie to ja powinnam być zła. – szybko stosuję taktykę odwracania sytuacji na swoją korzyść. – Miałeś skończyć ze śledzeniem. Miałeś mi dać spokój.
Przez dłuższą chwilę zastanawia się nad odpowiedzią.
-          A co jeżeli nie potrafię? Jeżeli coś, czego sam nie rozumiem ciągnie mnie do Ciebie. – mówiąc to patrzy w podłogę, jakby tam szukał podpowiedzi, wreszcie podnosi wzrok i wparuje się we mnie tak, że samoistny dreszcz przechodzi przez moje ciało. – Wiem, że Ty też to czujesz.
Kiedy pielęgniarka wywołuje moje nazwisko oboje wstajemy i długim korytarzem idziemy do gabinetu zabiegowego. Mateusz zostaje na zewnątrz, ja wchodzę do środka.
-          No i co my tu mamy? – pyta odwijając bandaż chirurg, wysoki szczupły siwiejący szatyn o podkrążonych jasnoniebieskich oczach.
-          Melepetę, która nie potrafi filetować ryby. – odpowiadam lekko wykrzywiając usta w uśmiechu.
Lekarz uważnie ogląda ranę lekko naciskając i sprawdzając nacięcie palcami w lateksowych rękawiczkach, na których po chwili pojawiają się czerwone plamy. Przez cały czas zerka na mnie.
-          Dwa szwy wystarczą. I zastrzyk przeciwtężcowy. Będzie bolało.
-          Jak się jest niezdarą to trzeba cierpieć. – kwituję znów szczerząc się do niego.

*          *          *

Jestem związana. Przez parę minut nic innego do mnie nie dociera. Nie mogę zamknąć powiek, bo pod nimi czają się obrazy, których nie mam siły oglądać. Świadomość mówi, że sama na to się zgodziłam. Wiem, że w każdej chwili mogę powiedzieć STOP. Mimo to strach ukryty w podświadomości jest wszechowładniający i paraliżuje mnie skutecznie.
-          Spokojnie. – szepcze mi Mateusz wprost do ucha. – Nie zrobię Ci krzywdy.
Niby dociera do mnie sens jego słów, jednak moje ciało nadal jest napięte jak struna. Przez tyle lat skutecznie od tego uciekałam. Unikałam sytuacji, w których musiałabym się poddać, podporządkować, ulec. To oni mi ulegali, to oni prosili, to ja kontrolowałam sytuację. I tylko wtedy mogłam się odprężyć, wystarczająco zrelaksować, żeby móc z kimś pójść do łóżka. Czuje się całkowicie obnażona i choć nie ma to nic wspólnego z nagością mojego ciała, jest mi zimno, cholernie zimno.
Czuje własne paznokcie wbijające się w dłonie i choć bardzo się staram nie potrafię zwolnić zaciśniętych pięści. Puls mi szaleje i lodowate szpilki przechodzą falami po moim ciele, jak stado mrówek z zamarzniętymi odnóżami. Jest mi zimno, ale zaciskając uda czuję jak bardzo gorącą mam skórę. Co parę sekund szarpię chustką, która mam przywiązane nadgarstki do łóżka, zupełnie nie zważając na szwy na lewej ręce. Wiem, że mogę sobie zrobić krzywdę, że szwy mogą pęknąć, a nadgarstki jutro będą mocno poobcierane i zdaję sobie sprawę, że to będzie tylko i wyłącznie moja wina. Mimo to nie umiem zapanować nad tym odruchem.
Tak bardzo tego nienawidzę, tak bardzo chciałabym uciec. Jednak mówiąc STOP przegrałabym o wiele więcej. Musiałabym przyznać Mateuszowi rację, że nie potrafię stanąć po drugiej stronie. Nie dam mu tej satysfakcji, choćby miał mnie trafić grom z jasnego nieba. Nie, bo nie, nie i już.
Łapię powietrze szybkimi krótkimi haustami i powoli zaczynam odczuwać zmęczenie. Doskonale wiem, że jeszcze kilka minut i przegram, ale panika ta wstrętna rozdygotana furiatka wewnątrz mnie nie odpuszcza.
-          Będzie dobrze, ale musisz się uspokoić. – jego ton jest prawie błagalny i to sprawia, że przez krótką chwilę znajduje nadzieje na odwrócenie ról. To ja jestem kontrolerem, nawet teraz mogę nad nim zapanować.
Skupiam się najmocniej jak potrafię i wyrównuję oddech. Wdech, wydech. Spokojnie. Przestaje się szarpać. Tak…. Dam radę, nawet teraz mogę nad nim zapanować, wystarczy troszkę się postarać.
Mateusz pochyla się i całuje mnie w usta. Delikatnie kładzie wargi na moich, raz i jeszcze raz. Potem próbuje przebić się językiem głębiej, ale moje zaciśnięte zęby skutecznie mu to uniemożliwiają. Rezygnuje.
-          Chcesz grać niedostępną???? – pyta lekko zdumiony.
-          Aż taką hipokrytką nie jestem. – wykrzywiam usta w ironicznym uśmiechu.
-          W razie, czego mam jeszcze kilka asów w rękawie. – odpowiada mi prawie tak samo jadowitym spojrzeniem.
Kładzie swoje wielkie dłonie na mojej szyi. Spodziewam się mocnego uścisku, duszenia, a on ledwie jej dotyka opuszkami chłodnych palców. I właśnie to powoduje, że przechodzi mnie przyjemniejszy dreszcz. Staram się myśleć tylko o tym żeby jakoś ukryć reakcje mojego ciała, ale długie odrętwienie nie pozwala mi grać wystarczająco dobrze. On jedną ręką lekko przechyla mi twarz w lewo i zaczyna koniuszkiem języka drażnić szyję powoli przesuwając do obojczyka w górę i z powrotem. Wewnętrzny lód topi się powoli. Rozgrzewam się. Fale ciepła rozchodzą się po moim kręgosłupie raz po raz. Skupiam się na łunie świecy tlącej się na komodzie i po paru sekundach dochodzę do siebie, ale on zaczyna sunąć już w dół do moich piersi. Wiem, że je uwielbia i myślę, że zatrzyma się na nich dłużej dla własnej przyjemności. Jeszcze nie odkrył, że akurat te części mojego ciała są mi obojętne. Mam rację, całuje i przygryza sutki, masuje piersi, skupia na nich całą uwagę i teraz mam chwilę, żeby skupić się na małej „dywersji”. Lekko manewruję kolanem sięgając wypukłość malującą się na jego bokserkach i niby przypadkiem powoli ocieram kilka razy. Nawet przez materiał czuję jego erekcję. Jest sztywny i napięty. Więc tak naprawdę najchętniej byłbyś już we mnie – myślę – cóż zrobimy wszystko żeby sprowokować Cie jak najszybciej.
Grzecznie wyciągam się na całą długość i wyginam ciało w łuk, ponownie narażając się na obtarcia nadgarstków, jednak efekt wart jest swojej ceny. Mateusz porzuca piersi i szybko odnajduje moje usta. Całuje bardziej zachłannie, zapamiętale. Oddaje mu pocałunek drążąc, wdzierając się głębiej i głębiej, aż czuje, że brakuje mu tchu. Wykorzystuje moment, w którym nabiera powietrza i teraz to ja wyznaczam językiem ścieżkę na jego szyi w górę. Całuję i kąsam naprzemian. Poddaje mi się bez najmniejszej oznaki oporu. Moje piersi ocierają się o jego tors. Mój język penetruje jego małżowinę i wchodzi koliście coraz głębiej, wreszcie odrywam się i wypuszczam jeden szybszy zduszony oddech wprost do jego mokrego ucha.
Drży. Wiem, że już jest mój. Na chwilę odrywa się od mnie by zdjąć bokserki, ale w jego oczach tęczówki ciemnieją i wiem, że wygrałam, że teraz nie myśli już o niczym innym jak tylko żeby mnie posiąść, żeby we mnie wejść.
Unosi moje biodra i rozdziela kolana. Pochyla się nade mną tak, że zaciągam się jego zapachem. Świeży, delikatny – geranium i mięta pieprzowa. Jego penis jeszcze przez chwilę pulsuje pomiędzy płatkami. Czuje go. Jest gorący i sztywny. Drażni się jeszcze parę sekund wreszcie bierze penisa w prawą rękę odnajduje wejście i wchodzi we mnie jednym szybkim pchnięciem.
-          FUCK!!! – wyrywa się z jego gardła.
Czuje ogromny rozżarzony pal rozdzierający mnie wewnątrz i przez jedną krótka chwilę też mam ochotę wrzasnąć z bólu, ale zamiast tego wydaje z siebie zduszone syknięcie i zaraz mi przechodzi. Zastyga podpierając się rękami nade mną. Nie napiera, nie rusza się podnoszę wzrok i widzę szok w tych jego pociemniałych oczach.
-          Nie byłaś gotowa. – bardziej stwierdza niż pyta.
-          Ale teraz już jestem. – mówię z jadowitym półuśmieszkiem.
Zaczynam powoli rytmicznie poruszać biodrami. Wiem, że się temu nie oprze. Mam rację. Podejmuje grę najpierw bardzo wolno. Wolniej, nieśmiało, prawie delikatnie. Kropelki potu zraszają jego dużą klatkę. Kosztuje go to dużo wysiłku, więc znów poruszam się pod nim pozwalając zwiększyć tempo. Ociera się szybciej, coraz szybciej, nasze oddechy zaczynają się zrównywać. Biodra poruszają się w tym samym rytmie mlaszcząc szybciej, szybciej, szybciej…. Jeszcze chwilkę i skurcze przejmują nade mną kontrolę. Ściskam go wewnątrz i dochodzi warcząc przekleństwo. Fala ciepła rozpływa się we mnie, a on opada na mnie całym swoim ciężarem. Jego głowa ląduje w zagłębieniu pomiędzy piersiami i moim podbródkiem.
Czekam aż pulsowanie wewnątrz mnie ustanie i jeszcze parę dodatkowych sekund. Wreszcie zaczynam się pod nim wiercić.
-          Nie ruszaj się. – mruczy.
-          Rozwiąż mnie – marudzę.

-          Nie. Jeszcze nie.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Nieznane i nowe...

Słyszę dźwięk budzika i przeciągam się leniwie czując przyjemne napięcie wzdłuż całego ciała. Przez chwilę próbuje sobie przypomnieć sen który właśnie śniłam, ale oprócz wrażenia kolorów i zapachów nie mogę sprecyzować ani jednej konkretnej myśli układającej się w jakiś urywek historii, która jeszcze przed paroma minutami wypełniała całkowicie mój umysł. Wstaje i idę pod prysznic, żeby zmyć z siebie resztki sennego odrętwienia.
Poranki to wyliczone minuty, przeznaczane na te podstawowe obowiązkowe czynności, które składają się na każdy kolejny dzień, wyuczony w swej powściągliwości i szarości. Po prysznicu śniadanie i kawa. Zapach drażni mnie przyjemnie zanim pozwalam sobie na pierwszy łyk. Delektuje się smakiem, zapachem, ciepłem i pozwalam sobie na odrobinę szlachetnej przyjemności. Potem zaczynam się spieszyć. Narzucam bawełniany T-shirt i spodenki. 15 minut do wyjścia by rowerem przemierzyć trasę na aleje Szucha i zdążyć na miejscu wskoczyć jeszcze raz pod prysznic.
Jazda na rowerze to specyficzny rodzaj speed’u. Przebijanie się przez miasto w inny sposób powodowałoby za duży przypływ frustracji. Do listopada zostały jeszcze dwa miesiące, potem trzeba będzie odłożyć rower do piwnicy aż do kwietnia. Wkładam słuchawki od MP3-jki w uszy i słyszę VERONICAS – UNTOUCHED która krótkimi wstawkami skrzypcowymi i beatem narzuca szybkie tempo. Mruczę pod nosem tekst i korzystam z tego poczucia całkowitej wolności dociskając mocno pedały. Jest rześko. Jeszcze tydzień temu jadąc czułam ciężkie, gorące, wilgotne powietrze. Teraz ranki nie są już tak upalne, powoli w powietrzu czuć zbliżającą się jesień.  
Docieram do budynku mijam portiera i bramki wykrywające metal z wyciągniętą legitymacją i przeskakując po dwa schodki w dół do łazienek dla personelu. Po prysznicu przebieram się w służbowy uniform i przeskakuje po dwa stopnie na piętro w stronę swojego biura. Tuż przy wejściu do sekretariatu za biurkiem siedzi najnowszy nabytek ministerstwa Jeremiasz. Jest spokojnym niezbyt wysokim szczupłym blondynem z zaprogramowanym sztucznym uśmiechem, na którego widok mam ochotę wyć. Tylko granatowy mundur, który ma na sobie czyni z niego osobnika godnego uwagi. Bez niego nie wyglądał by tak reprezentatywnie. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, dwa tygodnie temu z tym wystudiowanym uśmiechem, pierwszą myślą było, że nie można w bardziej widoczny sposób zaznaczyć swojej homoseksualnej natury. Nie dawało mi to spokoju przez kilka dni, ale nigdy nie odważyłabym się niczego nawet zasugerować. Lekko kiwam głową. On podaje mi plik z listami. Zabieram, podpisuję się na protokole odbioru i przechodzę do swojej klitki. Mam jeszcze osiem minut więc wyciągam z szuflady kosmetyczkę i nakładam tusz na rzęsy i błyszczyk na usta. Odpalam komputer i czekając, aż ściągną się wiadomości na pocztę zaczynam przeglądać zeszłotygodniowy raport. Zauważam dwie niezgodności i robię czerwone odnośniki, żeby odesłać Martynie z administracji. Interkom na moim biurku zaczyna zgrzytać więc włączam przycisk.
-          Izra pozwól do mnie. – słyszę gardłowy głos mojego nowego szefa.
-          Już idę.
Zgarniam w biegu notatnik, wsuwam pinezkę do buta tuż przy pięcie i wychodzę z pokoju. Na korytarzu mijam Martynę i już chcę ją zagadnąć w sprawie poprawek raportu, ale widzę jak mocno powstrzymuje się przed uronieniem łez zbierających się w jej oczach.
Wkraczam do przestronnego gabinetu Maxa i z lekkim rozrzewnieniem wspominam jego poprzednika majora Kryszowiaka. Max nie dorasta mu do pięt, ale chora ambicja i przerośnięte ego nie pozwalają mu dostrzec jak bardzo myli się w własnym osądzie.
-          Dlaczego nie dostałem kopii o informacjach przesyłanych po wizycie gości z Korei???!!!
Krzyczy na mnie od progu nie zważając, że jeszcze nie zdążyłam zamknąć za sobą drzwi. Czuję jak furia wzbiera we mnie i szybko przydeptuję pinezkę w bucie, żeby do końca nie stracić kontroli nad sobą. Ból rozchodzi się od kręgosłupa po wszystkich nawet najmniejszych komórkach nerwowych mojego ciała i już mi lepiej, już jestem spokojna i opanowana.
-          Przesłałam na twoją skrzynkę zaraz po zredagowaniu.
Odpowiadam mocno kontrolując modulacje własnego głosu.
-          To podejdź i sprawdź gdzie to do cholery jest!!!
Wrzeszczy jeszcze głośniej wskazując swojego laptopa rozłożonego na biurku. Podchodzę nachylam się nad sprzętem i selekcjonując według nadawcy odnajduję i klikam otwierając rzeczonego e-maila.
-          Proszę bardzo.
Mówię, prostuję się i robię miejsce, żeby mógł naocznie sprawdzić swoją nieudolność. Przybliża się i przez chwilę przypatruje z nie dowierzaniem.
-          Następnym razem odznacz jako wysoki priorytet. – syczy przez zęby. I przez chwilę widzę jak jego małe szare oczka robią się jeszcze mniejsze i ciemniejsze.
-          Dobrze. – potakuję – Coś jeszcze? – pytam lekko akcentując ostatnie głoski.
-          Nie.
Odwracam się i szybko wychodzę na korytarz.
-          Niech cię szlag. – mówię już po zamknięciu drzwi.

                                                           *          *          *

Dzień mija szybko. Koło południa dostaję kilka sms’ów od Marka i zastanawiam się jak długo jeszcze uda mi się go zwodzić. Powinnam wreszcie szczerze z nim porozmawiać i skończyć to jednym szybkim „cięciem”, ale wciąż nie jestem przygotowana na odpieranie jego potencjalnych argumentów. Natłok obowiązków sprawia że głowa zaczyna mi pulsować i dopiero kilkanaście minut po 18.00 zdaję sobie sprawę, że czas najwyższy wracać do domu. Zaczynam się zbierać i odzywa się moja komórka.
-          Hej, pamiętasz o naszym dzisiejszym spotkaniu? – słyszę miękki głos Mateusza i dociera do mnie, że eksperyment jaki miałam zastosować co do jego osoby przypada na dzisiejszy wieczór.
-          Tak, oczywiście. – kłamię.
-          Mogę po ciebie przyjechać?
-          Nie. Spotkamy się u mnie o ósmej.
-          Do zobaczenia.
Pomimo fatalnego początku dnia, dzisiejsza noc zapowiada się nader interesująco.

*          *          *

Mateusz wchodzi niepewnie i od progu próbuje przejąć inicjatywę. Niby niechcąco w korytarzu dotyka mego ramienia, chwyta dłonią w pasie wreszcie delikatnie przyciąga i całuje. Nieśmiało kładzie wargi na moich i dopiero po chwili jego język zaczyna penetrować wnętrze moich ust. Czuję się jakbym znów miała naście lat. Patrząc na tego rosłego mężczyznę i jego nieporadne ciężkie ruchy mam ogromną ochotę wybuchnąć śmiechem. Powstrzymuję się jednak i kiedy kończy pocałunek jednym zwinnym ruchem wymykam się z jego wielkich dłoni i staję za nim lekko popychając w stronę pokoju. Otwiera szerzej uchylone dotąd drzwi i staje jak sparaliżowany tarasując mi wejście.
-          Nie jestem pewien czy kajdanki to dobry pomysł. – mówi cicho.
-          Myślę, że dasz radę. – dodaję mu otuchy i znów łagodnie popycham w stronę pokoju. Robi krok do przodu, a ja nadal tłumaczę, używając najsłodszego tembru głosu. – Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym. Tłumaczyłam Ci wszystko. W momencie kiedy nie będziesz w stanie czegoś znieść mówisz STOP i ja przestaję. Przyrzekam, że nie zrobię ci krzywdy.
-          A nie możemy bez kajdanek??? Proszę.
-          Już to omawialiśmy.
Przerażenie w jego oczach jednak nie maleje.
-          Usiądź. – mówię autorytatywnie wskazując mu łóżko. – Zrozum, staram się zaakceptować fakt, że nie zgodzisz się na większość zabaw które mi sprawiają największą satysfakcję. Staram się wybaczyć i zaakceptować Twoje, dotychczasowe zachowanie. Ale jeśli nie będziesz umiał dopasować się w tak podstawowych kwestiach jak głupie kajdanki, dalsze spotkania nie będą miały sensu.
-          Rozumiem, przepraszam. – szepcze mi prawie prosto do ucha i znów próbuje pocałować tym razem w zagłębienie przy obojczyku. Odsuwam się w ostatniej chwili i widzę zawód w jego wielkich jasno niebieskich oczach.
-          Rozbierz się i połóż. – mówię rozkazująco.
Spełnia polecenie. Zostaje w samych bokserkach i przez chwilę przychodzi mi do głowy, że taki widok jednak zawsze robi na mnie wrażenie. Metr dziewięćdziesiąt, szerokie bary, i bicepsy których nie byłabym w stanie objąć nawet gdybym miała trzy ręce. Kładzie się na łóżku, a ja gaszę górne światło i pokój oświetla mdłym światłem jedynie nocna lampka i świeczki porozstawiane na komodzie. Podchodzę do leżącego Mateusza podnoszę jego ręce, zginam je w łokciach i zapinam nadgarstki w kajdanki nad głową. On nerwowo przełyka ślinę, a ja żeby go uspokoić delikatnie dłonią gładzę jego tors i zaczynam całować. Nie tak jak on delikatnie, ale gwałtownie, mocno, zachłannie. Ciało przy ciele, moja skóra na jego skórze. Słyszę jak łańcuch gwałtownie przesuwa się po prętach i czuję szarpnięcia Mateusza, który szamocze się i próbuje wyswobodzić. Uśmiecham się pod nosem do samej siebie – Dobrze, baaardzoooo dobrze. Poczuj jak bardzo jesteś teraz ode mnie zależny. – Mówię do niego w myślach.
Rozbieram się i zaczynam się powoli rozkręcać. Całuję, liżę, ssę jego ciało, od ust począwszy, przez sutki, brzuch, wgłębiania z obu boków i wreszcie dochodzę do członka. Stoi naprężony, twardy i gotowy. Z główki już sączy się ejakulat. Ręką delikatnie ściskam koło jąder i biorę do ust językiem drażniąc sam czubek przy ujściu cewki.
-          Jeeezuuu. – jęczy pode mną, nadal się szamocząc i wyginając, a mnie skręca z satysfakcji.
Jest gotowy. Czubeczkiem języka przesuwam po wędzidełku i czuję jak przechodzi go dreszcz. Delikatnie obciągam go ręką i kontynuuję taniec języka dokoła żołędzi. Potem zasysam na przemian płytko i głębiej. Coraz głębiej. Smakuje lekko słono, lekko słodko. Kiedy zaczyna gwałtownie wypychać biodra w moją stronę, przerywam, zostawiając go na krawędzi.
-          Błagam nie przestawaj. – jęczy zdyszany.
-          Cierpliwości. – mówię łagodnie i przesuwam się wyżej w stronę jego spoconej klatki piersiowej wsłuchując się w szaleńczy wyścig jego serca.
Czekam, aż jego ciało się uspokoi. Kiedy rytm wystarczająco zwalnia, znów zaczynam zabawę od nowa. Drażnię i przygryzam sutki, przez chwilę przeciągam językiem wzdłuż prawego boku i wreszcie biorę penisa do ust. Teraz wszystko odbywa się znacznie szybciej.
-          Nie dam rady się powstrzymać!!! – wyrywa mu się zachrypniętym głosem. I po sekundzie kończy w moich ustach. Jęczy, przeklina, a jego sperma kilkoma stróżkami zalewa moje gardło. Skupiam się z całych sił na oddechu przez nos, żeby się nie zakrztusić.
Czekam jeszcze chwilę. Potem zostawiam go i dyskretnie sięgam po chusteczkę higieniczną żeby obetrzeć usta. Muszę odpocząć. Normalnie zaczerpnąć powietrza. Siadam na podłodze opierając się plecami o bok łóżka. Biorę też moja ulubioną Primaverę by kilkoma łykami złagodzić podrażnienie gardła. Mija parę minut i ze zdziwieniem stwierdzam że jego sprzęt nadal stoi w pełnej gotowości.
-          Nadal cię pragnę – mruczy zażenowany.
-          Widzę. – uśmiecham się szelmowsko.
Siadam na nim okrakiem i ocieram się o niego, żeby poczuł moją wilgoć. Jego jęk staje się bardziej niż błagalny.
Unoszę się i powoli, powolutku wsuwam się na niego. Centymetr po centymetrze żeby poczuł mnie dokładnie. Łapie szybkie oddechy i wiem że teraz panuję nad nim całkowicie. Kiedy jest już cały we mnie raptownie się unoszę a on wydaje z siebie ostry syk. Tym razem wpijam się na niego szybko i widzę jak zaczyna lekko drżeć. To będzie bardzo krótki lot – myślę i zaczynam poruszać się w górę i w dół narzucając coraz szybsze tempo. Po kilkunastu ruchach czuję jak spazmy przechodzą jego ciało, warczy jakieś przekleństwo i po sekundzie ciepło jego spermy zalewa mnie wewnątrz. Przez chwilę czekam aż wyrówna mu się oddech, potem schylam się i odpinam kajdanki. On jednak nie pozwala mi z siebie zejść. Łapie mnie swoimi wielkimi rękami i przyciska do siebie tak mocno, że brakuje mi tchu.
-          Przestań. – mówię odpychając jego wielkie ramiona i próbując wstać.
Unieruchamia mnie jednak skutecznie.
-          Teraz coś co ja lubię. – mówi mi wprost w obojczyk. Po czym delikatnie całuje w zagłębienie szyi.
-          Puść mnie. – warczę i chyba dochodzi do niego że w ten sposób nie osiągnie swojego celu więc delikatnie zwalnia uchwyt. Jednym szybkim ruchem schodzę z niego i wskakuję na podłogę.
Pozbieraj się i wyjdź. – mówię rozkazująco i wiem że za parę minut już go u mnie nie będzie.