Łączna liczba wyświetleń

...

...

wtorek, 25 listopada 2014

Życie????????..........

Sierpniowe bezchmurne niebo delikatnie wiruje nad moją głową. Spoglądam na prawo i widzę roześmianą twarz siostrzenicy. Jej blond warkoczyki przy każdym ruchu wydają charakterystyczny dźwięk stukających koralików. Jej śmiech i jasne promienie słońca prześwitujące przez liście orzechowca wywołują przyjemne ciepło gdzieś wewnątrz. Huśtawki ze starych opon nadal dają mi dużo radości. Wspomnienie dzieciństwa i długich wakacji u babci na wsi, kiedy życie ograniczało się do ciągłego biegania po polach i leśnych dróżkach. Kiedy wszystko dookoła pochłaniało całkowicie, bo każdy dzień przynosił nową nieopowiedzianą historię.
-          Ciociu jeszcze troszkę, dobrze???
-          Tośka max pół godziny. – odpowiadam, choć dobrze wiem, że spokojnie spędzimy tu jeszcze godzinę.
Wracając mała z córką Asi ładują się na pellety słomy i skaczą z nich wydając gardłowe dzikie okrzyki. Uśmiecham się pod nosem i Aśka idąca obok mnie szturcha mnie w ramię.
-          Co jest???
-          Dobrze mi. Chciałabym, żeby tak już zostało.
-          To zostań. Nikt Ci nie każe wracać do miasta.
-          Muszę, wiesz że muszę.
Aśka wykrzywia na chwilę usta. Dbała o mnie przez te ostatnie trzy dni. Jak to ona „chuchała i dmuchała” żeby tylko mnie porozpieszczać, żebym tylko wypoczęła. Wiem, że chce dobrze, ale nie mogę zostać. Łatwo byłoby się przyzwyczaić do spokojnego życia na wiosce, gdzie czas zwalnia do prędkości snu kota. Zbyt łatwo.
Wieczorem dostaje sms’a od siostry, sześć słów: „Janusz nie żyje. Nie mów Tosi.” Nie do końca rozumiem. Świadomość nie chce przyjąć znaczenia słów. Dopada z opóźnieniem jak fala uderzeniowa. Spokojnie idę do łazienki i zamykając drzwi opieram się o ścianę ześlizgując się na zimne kafelki. Łapię urywane oddechy i po chwili ciemne plamki przed oczami zlewają się w jedną wielką czerń. Boli, ale nie fizycznie. A ja muszę to poczuć. Musi boleć fizycznie, bo ten drugi ból jest nie do wytrzymania. Kiedy z czerni znów zaczynają wyłaniać się kształty, wstaje i zaczynam szukać. Wreszcie znajduję na jakiejś półce, małe nożyczki do paznokci. Siadam na krawędzi wanny, rozchylam uda i ostrzem przeciągam po wewnętrznej stronie. Ból ciepłą falą rozchodzi się po ciele. Cienki krwawy ślad napełnia się czerwienią. Już dobrze. Spokój....

*          *          *

Po pogrzebie biorę dodatkowy tydzień urlopu i zamykam się w domu. Nie chcę się z nikim widzieć, nie chcę nic robić, chcę się upodlić i chcę żeby przestało mnie ściskać od środka. Żeby przestało dusić. Nadal nie rozumiem dlaczego zmarł. Zdrowy facet w sile wieku. Mój przyrodni brat. Mój szczery, prostolinijny, dobroduszny brat. Mapę polski znał na pamięć, bo większość życia spędził za kierownicą. Nie lubił użalania się nad sobą. Lubił swojską kuchnie i zimną wódkę. Dbał o rodzinę. I choć żony nigdy nie pokochał tak jak kiedyś kochał inną – tą pierwszą, starał się jej zapewnić jak najlepsze życie. Pracował cały czas dla rodziny, dla swoich chłopców. Nigdy nie pozwalał sobie na próżniacze dziwne zachcianki. Nigdy nie zrobił dla siebie nic ekstrawaganckiego. Żył i pracował prosto z małą lampką przed sobą z napisem MOJA RODZINA. A teraz już go nie ma. Już nie ma.
Zamykam się w swoich czterech ścianach, śpię do dwunastej i upijam Jim Beam Black’iem. Wlewam w siebie płynny bursztyn, który łagodnie rozmazuje świat przed moimi oczami. Łyk za łykiem, szklanka za szklanką – czekam, aż Burbon przestawi odbiór rzeczywistości na nie-odczuwanie. Jakiś szum nadal nie pozwala mi się zapaść wystarczająco głęboko i wciąż ściska, mocniej i mocniej. Chcę żeby bolało fizycznie, a nie tak. Wlokę się do kuchni i z szuflady ze starymi rupieciami wyciągam brzytwę. Świat lekko chwieje się przed moimi oczami. W pamięci szukam tego bólu, który pozwalał uciec od wszystkiego, ale nie mogę sobie przypomnieć. Oglądam lewą dłoń. Brzytwa kusi, więc wreszcie nacinam lekko skórę nadgarstka wzdłuż żyły obserwując przez zamglone oczy jak powoli krew zaczyna sączyć się na szafkę i moją koszulę. Szum narasta, robi mi się ciepło i miękko. Odpływam.

*          *          *

Budzi mnie przenikający kujący zimny dreszcz. Krzyczę, ale czyjeś mocne ramiona trzymają mnie w uścisku i nie pozwalają na żaden manewr. Otwieram powieki i widzę jego jasne oczy z rozszerzonymi źrenicami wpatrujące się we mnie z lekkim przerażeniem. Lodowaty prysznic siecze wprost na moją głowę, atakując falami zimna i dreszczy. Mateusz ściska mnie mocno. Jest cały przemoczony, tak samo jak ja. 
-          Puść mnie!!! – piszczę, bo to jedyny rodzaj dźwięku który wydobywa się z mojego gardła.
-          A możesz już sama stać??? – pyta jak zwykle, tym swoim łagodnym tonem.
-          Pewnie że mogę.
Puszcza mnie delikatnie i dopiero teraz czuję jak nogi uginają się pode mną.
-          Jednak nie możesz. – kwituje w ostatniej chwili chwytając mnie w pasie i podtrzymując przed upadkiem.
-          Co się do cholery dzieje???
-          Upiłaś się i rozcięłaś sobie nadgarstek.
Spoglądam na lewą rękę i powoli dochodzi do mnie co robiłam ostatniego dnia.
-          A Ty co tu robisz???
-          Słyszałem że coś spada i musiałem sprawdzić co się dzieje.
-          Jak to słyszałeś??? To gdzie byłeś że słyszałeś. – głowa zaczyna mi pulsować z bólu i czuje jak żołądek robi fikołka.
-          Stałem pod drzwiami.
-          Po jaką cholerę????!!!!
-          Bo nie wychodziłaś od dwóch dni i wyłączyłaś telefon. A obserwuje Cię wystarczająco długo, żeby wiedzieć że to nie jest Twoje normalne zachowanie.
Odpycham go od siebie, jednym susem wychodząc spod prysznica i wymiotuje wprost do umywalki. Torsje męczą mnie dłuższą chwilę i znów robi mi się słabo. Nie widzę. Ale czuje jak Mateusz staje za mną i lekko masuje mi kark. Wreszcie przestaje wymiotować i odkręcam zimną wodę spłukując żółć i ochlapując twarz. Mateusz podaje mi ręcznik i pomaga stanąć.
-          Dlaczego to robisz? Dlaczego przy mnie jesteś?
-     Bo tak. Bo chcę.... Bo myślę, że Ty też mnie chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Nieznane i nowe...

Słyszę dźwięk budzika i przeciągam się leniwie czując przyjemne napięcie wzdłuż całego ciała. Przez chwilę próbuje sobie przypomnieć sen który właśnie śniłam, ale oprócz wrażenia kolorów i zapachów nie mogę sprecyzować ani jednej konkretnej myśli układającej się w jakiś urywek historii, która jeszcze przed paroma minutami wypełniała całkowicie mój umysł. Wstaje i idę pod prysznic, żeby zmyć z siebie resztki sennego odrętwienia.
Poranki to wyliczone minuty, przeznaczane na te podstawowe obowiązkowe czynności, które składają się na każdy kolejny dzień, wyuczony w swej powściągliwości i szarości. Po prysznicu śniadanie i kawa. Zapach drażni mnie przyjemnie zanim pozwalam sobie na pierwszy łyk. Delektuje się smakiem, zapachem, ciepłem i pozwalam sobie na odrobinę szlachetnej przyjemności. Potem zaczynam się spieszyć. Narzucam bawełniany T-shirt i spodenki. 15 minut do wyjścia by rowerem przemierzyć trasę na aleje Szucha i zdążyć na miejscu wskoczyć jeszcze raz pod prysznic.
Jazda na rowerze to specyficzny rodzaj speed’u. Przebijanie się przez miasto w inny sposób powodowałoby za duży przypływ frustracji. Do listopada zostały jeszcze dwa miesiące, potem trzeba będzie odłożyć rower do piwnicy aż do kwietnia. Wkładam słuchawki od MP3-jki w uszy i słyszę VERONICAS – UNTOUCHED która krótkimi wstawkami skrzypcowymi i beatem narzuca szybkie tempo. Mruczę pod nosem tekst i korzystam z tego poczucia całkowitej wolności dociskając mocno pedały. Jest rześko. Jeszcze tydzień temu jadąc czułam ciężkie, gorące, wilgotne powietrze. Teraz ranki nie są już tak upalne, powoli w powietrzu czuć zbliżającą się jesień.  
Docieram do budynku mijam portiera i bramki wykrywające metal z wyciągniętą legitymacją i przeskakując po dwa schodki w dół do łazienek dla personelu. Po prysznicu przebieram się w służbowy uniform i przeskakuje po dwa stopnie na piętro w stronę swojego biura. Tuż przy wejściu do sekretariatu za biurkiem siedzi najnowszy nabytek ministerstwa Jeremiasz. Jest spokojnym niezbyt wysokim szczupłym blondynem z zaprogramowanym sztucznym uśmiechem, na którego widok mam ochotę wyć. Tylko granatowy mundur, który ma na sobie czyni z niego osobnika godnego uwagi. Bez niego nie wyglądał by tak reprezentatywnie. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, dwa tygodnie temu z tym wystudiowanym uśmiechem, pierwszą myślą było, że nie można w bardziej widoczny sposób zaznaczyć swojej homoseksualnej natury. Nie dawało mi to spokoju przez kilka dni, ale nigdy nie odważyłabym się niczego nawet zasugerować. Lekko kiwam głową. On podaje mi plik z listami. Zabieram, podpisuję się na protokole odbioru i przechodzę do swojej klitki. Mam jeszcze osiem minut więc wyciągam z szuflady kosmetyczkę i nakładam tusz na rzęsy i błyszczyk na usta. Odpalam komputer i czekając, aż ściągną się wiadomości na pocztę zaczynam przeglądać zeszłotygodniowy raport. Zauważam dwie niezgodności i robię czerwone odnośniki, żeby odesłać Martynie z administracji. Interkom na moim biurku zaczyna zgrzytać więc włączam przycisk.
-          Izra pozwól do mnie. – słyszę gardłowy głos mojego nowego szefa.
-          Już idę.
Zgarniam w biegu notatnik, wsuwam pinezkę do buta tuż przy pięcie i wychodzę z pokoju. Na korytarzu mijam Martynę i już chcę ją zagadnąć w sprawie poprawek raportu, ale widzę jak mocno powstrzymuje się przed uronieniem łez zbierających się w jej oczach.
Wkraczam do przestronnego gabinetu Maxa i z lekkim rozrzewnieniem wspominam jego poprzednika majora Kryszowiaka. Max nie dorasta mu do pięt, ale chora ambicja i przerośnięte ego nie pozwalają mu dostrzec jak bardzo myli się w własnym osądzie.
-          Dlaczego nie dostałem kopii o informacjach przesyłanych po wizycie gości z Korei???!!!
Krzyczy na mnie od progu nie zważając, że jeszcze nie zdążyłam zamknąć za sobą drzwi. Czuję jak furia wzbiera we mnie i szybko przydeptuję pinezkę w bucie, żeby do końca nie stracić kontroli nad sobą. Ból rozchodzi się od kręgosłupa po wszystkich nawet najmniejszych komórkach nerwowych mojego ciała i już mi lepiej, już jestem spokojna i opanowana.
-          Przesłałam na twoją skrzynkę zaraz po zredagowaniu.
Odpowiadam mocno kontrolując modulacje własnego głosu.
-          To podejdź i sprawdź gdzie to do cholery jest!!!
Wrzeszczy jeszcze głośniej wskazując swojego laptopa rozłożonego na biurku. Podchodzę nachylam się nad sprzętem i selekcjonując według nadawcy odnajduję i klikam otwierając rzeczonego e-maila.
-          Proszę bardzo.
Mówię, prostuję się i robię miejsce, żeby mógł naocznie sprawdzić swoją nieudolność. Przybliża się i przez chwilę przypatruje z nie dowierzaniem.
-          Następnym razem odznacz jako wysoki priorytet. – syczy przez zęby. I przez chwilę widzę jak jego małe szare oczka robią się jeszcze mniejsze i ciemniejsze.
-          Dobrze. – potakuję – Coś jeszcze? – pytam lekko akcentując ostatnie głoski.
-          Nie.
Odwracam się i szybko wychodzę na korytarz.
-          Niech cię szlag. – mówię już po zamknięciu drzwi.

                                                           *          *          *

Dzień mija szybko. Koło południa dostaję kilka sms’ów od Marka i zastanawiam się jak długo jeszcze uda mi się go zwodzić. Powinnam wreszcie szczerze z nim porozmawiać i skończyć to jednym szybkim „cięciem”, ale wciąż nie jestem przygotowana na odpieranie jego potencjalnych argumentów. Natłok obowiązków sprawia że głowa zaczyna mi pulsować i dopiero kilkanaście minut po 18.00 zdaję sobie sprawę, że czas najwyższy wracać do domu. Zaczynam się zbierać i odzywa się moja komórka.
-          Hej, pamiętasz o naszym dzisiejszym spotkaniu? – słyszę miękki głos Mateusza i dociera do mnie, że eksperyment jaki miałam zastosować co do jego osoby przypada na dzisiejszy wieczór.
-          Tak, oczywiście. – kłamię.
-          Mogę po ciebie przyjechać?
-          Nie. Spotkamy się u mnie o ósmej.
-          Do zobaczenia.
Pomimo fatalnego początku dnia, dzisiejsza noc zapowiada się nader interesująco.

*          *          *

Mateusz wchodzi niepewnie i od progu próbuje przejąć inicjatywę. Niby niechcąco w korytarzu dotyka mego ramienia, chwyta dłonią w pasie wreszcie delikatnie przyciąga i całuje. Nieśmiało kładzie wargi na moich i dopiero po chwili jego język zaczyna penetrować wnętrze moich ust. Czuję się jakbym znów miała naście lat. Patrząc na tego rosłego mężczyznę i jego nieporadne ciężkie ruchy mam ogromną ochotę wybuchnąć śmiechem. Powstrzymuję się jednak i kiedy kończy pocałunek jednym zwinnym ruchem wymykam się z jego wielkich dłoni i staję za nim lekko popychając w stronę pokoju. Otwiera szerzej uchylone dotąd drzwi i staje jak sparaliżowany tarasując mi wejście.
-          Nie jestem pewien czy kajdanki to dobry pomysł. – mówi cicho.
-          Myślę, że dasz radę. – dodaję mu otuchy i znów łagodnie popycham w stronę pokoju. Robi krok do przodu, a ja nadal tłumaczę, używając najsłodszego tembru głosu. – Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym. Tłumaczyłam Ci wszystko. W momencie kiedy nie będziesz w stanie czegoś znieść mówisz STOP i ja przestaję. Przyrzekam, że nie zrobię ci krzywdy.
-          A nie możemy bez kajdanek??? Proszę.
-          Już to omawialiśmy.
Przerażenie w jego oczach jednak nie maleje.
-          Usiądź. – mówię autorytatywnie wskazując mu łóżko. – Zrozum, staram się zaakceptować fakt, że nie zgodzisz się na większość zabaw które mi sprawiają największą satysfakcję. Staram się wybaczyć i zaakceptować Twoje, dotychczasowe zachowanie. Ale jeśli nie będziesz umiał dopasować się w tak podstawowych kwestiach jak głupie kajdanki, dalsze spotkania nie będą miały sensu.
-          Rozumiem, przepraszam. – szepcze mi prawie prosto do ucha i znów próbuje pocałować tym razem w zagłębienie przy obojczyku. Odsuwam się w ostatniej chwili i widzę zawód w jego wielkich jasno niebieskich oczach.
-          Rozbierz się i połóż. – mówię rozkazująco.
Spełnia polecenie. Zostaje w samych bokserkach i przez chwilę przychodzi mi do głowy, że taki widok jednak zawsze robi na mnie wrażenie. Metr dziewięćdziesiąt, szerokie bary, i bicepsy których nie byłabym w stanie objąć nawet gdybym miała trzy ręce. Kładzie się na łóżku, a ja gaszę górne światło i pokój oświetla mdłym światłem jedynie nocna lampka i świeczki porozstawiane na komodzie. Podchodzę do leżącego Mateusza podnoszę jego ręce, zginam je w łokciach i zapinam nadgarstki w kajdanki nad głową. On nerwowo przełyka ślinę, a ja żeby go uspokoić delikatnie dłonią gładzę jego tors i zaczynam całować. Nie tak jak on delikatnie, ale gwałtownie, mocno, zachłannie. Ciało przy ciele, moja skóra na jego skórze. Słyszę jak łańcuch gwałtownie przesuwa się po prętach i czuję szarpnięcia Mateusza, który szamocze się i próbuje wyswobodzić. Uśmiecham się pod nosem do samej siebie – Dobrze, baaardzoooo dobrze. Poczuj jak bardzo jesteś teraz ode mnie zależny. – Mówię do niego w myślach.
Rozbieram się i zaczynam się powoli rozkręcać. Całuję, liżę, ssę jego ciało, od ust począwszy, przez sutki, brzuch, wgłębiania z obu boków i wreszcie dochodzę do członka. Stoi naprężony, twardy i gotowy. Z główki już sączy się ejakulat. Ręką delikatnie ściskam koło jąder i biorę do ust językiem drażniąc sam czubek przy ujściu cewki.
-          Jeeezuuu. – jęczy pode mną, nadal się szamocząc i wyginając, a mnie skręca z satysfakcji.
Jest gotowy. Czubeczkiem języka przesuwam po wędzidełku i czuję jak przechodzi go dreszcz. Delikatnie obciągam go ręką i kontynuuję taniec języka dokoła żołędzi. Potem zasysam na przemian płytko i głębiej. Coraz głębiej. Smakuje lekko słono, lekko słodko. Kiedy zaczyna gwałtownie wypychać biodra w moją stronę, przerywam, zostawiając go na krawędzi.
-          Błagam nie przestawaj. – jęczy zdyszany.
-          Cierpliwości. – mówię łagodnie i przesuwam się wyżej w stronę jego spoconej klatki piersiowej wsłuchując się w szaleńczy wyścig jego serca.
Czekam, aż jego ciało się uspokoi. Kiedy rytm wystarczająco zwalnia, znów zaczynam zabawę od nowa. Drażnię i przygryzam sutki, przez chwilę przeciągam językiem wzdłuż prawego boku i wreszcie biorę penisa do ust. Teraz wszystko odbywa się znacznie szybciej.
-          Nie dam rady się powstrzymać!!! – wyrywa mu się zachrypniętym głosem. I po sekundzie kończy w moich ustach. Jęczy, przeklina, a jego sperma kilkoma stróżkami zalewa moje gardło. Skupiam się z całych sił na oddechu przez nos, żeby się nie zakrztusić.
Czekam jeszcze chwilę. Potem zostawiam go i dyskretnie sięgam po chusteczkę higieniczną żeby obetrzeć usta. Muszę odpocząć. Normalnie zaczerpnąć powietrza. Siadam na podłodze opierając się plecami o bok łóżka. Biorę też moja ulubioną Primaverę by kilkoma łykami złagodzić podrażnienie gardła. Mija parę minut i ze zdziwieniem stwierdzam że jego sprzęt nadal stoi w pełnej gotowości.
-          Nadal cię pragnę – mruczy zażenowany.
-          Widzę. – uśmiecham się szelmowsko.
Siadam na nim okrakiem i ocieram się o niego, żeby poczuł moją wilgoć. Jego jęk staje się bardziej niż błagalny.
Unoszę się i powoli, powolutku wsuwam się na niego. Centymetr po centymetrze żeby poczuł mnie dokładnie. Łapie szybkie oddechy i wiem że teraz panuję nad nim całkowicie. Kiedy jest już cały we mnie raptownie się unoszę a on wydaje z siebie ostry syk. Tym razem wpijam się na niego szybko i widzę jak zaczyna lekko drżeć. To będzie bardzo krótki lot – myślę i zaczynam poruszać się w górę i w dół narzucając coraz szybsze tempo. Po kilkunastu ruchach czuję jak spazmy przechodzą jego ciało, warczy jakieś przekleństwo i po sekundzie ciepło jego spermy zalewa mnie wewnątrz. Przez chwilę czekam aż wyrówna mu się oddech, potem schylam się i odpinam kajdanki. On jednak nie pozwala mi z siebie zejść. Łapie mnie swoimi wielkimi rękami i przyciska do siebie tak mocno, że brakuje mi tchu.
-          Przestań. – mówię odpychając jego wielkie ramiona i próbując wstać.
Unieruchamia mnie jednak skutecznie.
-          Teraz coś co ja lubię. – mówi mi wprost w obojczyk. Po czym delikatnie całuje w zagłębienie szyi.
-          Puść mnie. – warczę i chyba dochodzi do niego że w ten sposób nie osiągnie swojego celu więc delikatnie zwalnia uchwyt. Jednym szybkim ruchem schodzę z niego i wskakuję na podłogę.
Pozbieraj się i wyjdź. – mówię rozkazująco i wiem że za parę minut już go u mnie nie będzie.

czwartek, 30 października 2014

Stalker

Zbiegam po schodach najszybciej jak umiem. Spóźnię się, wiem, że się spóźnię. Cholerny budzik nie zadzwonił akurat dzisiaj. Nawet gdybym wszędzie miała zielone i czysty przejazd nie zdążę przed odprawą. Żołądek wariuje mi od dwóch dni, bo wszelkie poważniejsze zmiany w resorcie przypominają drzeworyt Bielskiego „Bitwa na Psim Polu”. I doskonale zdaję sobie sprawę jak bardzo trzeba będzie uważać przez kolejne parę tygodni na każde wypowiedziane słowo i każdy najmniejszy gest – istne pole minowe. A ja właśnie zaliczam pierwszą wpadkę – spóźniam się na oficjalne przedstawienie następcy Kryszkowiaka. Pokonuje ostatnie piętro próbując wyłuskać z plecaka klucz do roweru i całym impetem wpadam na swojego stalker’a.
-          Musimy porozmawiać.
Serce przyspiesza rytm do tego stopnia że wyraźnie słyszę dudnienie.
-          Nic nie musimy. Nie mam czasu, już jestem spóźniona. – krótko, stanowczo, rozkazująco. Odpycham go próbując utorować sobie drogę, ale łapie mnie za ramie zakleszczając rękę prawie boleśnie i wymusza żebym choć na ułamek sekundy się zatrzymała. – Odczep się wreszcie ode mnie, naprawdę nie mam czasu.
-          Zaczynasz o ósmej. Odwiozę Cię, wiem jak jechać, żebyś zdążyła. – znów używa tego miękkiego tonu jakby mówił do małego dziecka, ale jego palce wciąż boleśnie wbijają się w moją skórę. Mój mózg odbiera sprzeczne sygnały i zaczynam się wahać.
Nie jestem pewna czy to dobra decyzja, ale kiwam głową zgadzając się na podwiezienie.
Jego samochód stoi tuż pod moją bramą. Słońce już mocno grzeje i w powietrzu wyczuwa się nadchodzący szybko upał. Przymykam oczy i nadal promienne kręgi wirują pod moimi powiekami. Przypomina mi się jeden z cyklu obrazów „Katedra w Rouen” Moneta, na którym front kościoła, aż jarzy się żółtymi i białymi refleksami. Przesycony światłem – drażni oczy wdzierając się do podświadomości.
Czuję się dziwnie. Jakbym łamała kolejne tabu. Chciałam tego faceta wymazać z pamięci. Chciałam zapomnieć. Zakwalifikować jako jednorazowe szaleństwo rozpływające się wspomnieniach niczym królik wkładany do zaczarowanego cylindra. Jeżeli zacznę z nim rozmawiać nie będzie odwrotu. Za dużo połączeń z teraźniejszością zniweluje efekt rozmytej mgiełki wspomnienia.
-          Czy mógłbym się z Tobą umówić i spokojnie porozmawiać? – pyta, kiedy mijamy pierwszy zakręt.
-          A jest co omawiać??? – wzruszam ramionami.
Patrzy przed siebie na drogę, ale jego szczęka zaczyna lekko drgać. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Widać że ta sytuacja go męczy. Nie wiem czego chcę, czego oczekuje, ale na pewno chciałby przejąć ster i prowadzić, a ja ewidentnie nie pozwalam mu narzucać jego scenariusza.
-          Obserwuję Cię już od jakiegoś czasu i znam Twoje nawyki. – znów ten ciepły ton głosu. – Rozumiem, że jestem dla Ciebie kimś w rodzaju intruza wkraczającego na teren ściśle prywatny, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że to co się wydarzyło, dosyć mocno zmieniło charakter naszej znajomości.
-          Jakiej znajomości????!!!! Człowieku, łaziłeś za mną krok w krok. Prześladowca nie kwalifikuje się w moim pojmowaniu jako ZNAJOMY!!!! – emocje zaczynają we mnie wrzeć i nie umiem się już powstrzymać. – Przez Ciebie się zapomniałam. Pierwszy raz od długiego czasu, zachowałam się jak nieodpowiedzialna smarkula. Nie wiem czego ode mnie chcesz!!!! Nie wiem po co za mną łazisz!!!! – mój krzyk wibruje nieprzyjemnie w małej przestrzeni samochodu.
-          Przepraszam. Nie tak to miało wyglądać. – na chwilę odwraca głowę i patrzy mi prosto w oczy. Wiem, że mówi prawdę. Wiem, że żałuje. Ale nadal nie wiem, czy chcę to ciągnąć dalej.
Dojeżdżamy na aleje Szucha i parkuje po przeciwnej stronie budynku. Oddycham z ulgą patrząc na zegarek. Jest za siedem ósma, więc spokojnie zdążę na odprawę.
-          Bardzo zależy mi na spotkaniu i rozmowie.
-          Zastanowię się. – odwracam się w stronę drzwi auta, ale czuję delikatny uścisk zimnych palców na karku. Kiedy odwracam twarz trafiam na jego miękkie usta. Pocałunek mnie poraża – jakby nagle cały zgromadzony we mnie ucisk wściekłości rozpuścił się w miłym cieple gdzieś w okolicy kręgosłupa.
Jestem zbyt skołowana, żeby prawidłowo zareagować. Wysiadam raptownie, szybko zatrzaskując za sobą drzwi i przebiegam przez ulicę

piątek, 10 października 2014

Zmiany

Kryszkowiak wpada do mojego pokoiku. Przez chwilę patrzy mi prosto w oczy tym swoim przeszywającym wzrokiem, jakby chciał prześwietlić każdą ledwie zarysowaną i niesprecyzowaną myśl formującą się w mojej głowie. Potem siada po drugiej stronie mojego biurka i wydając z siebie coś w rodzaju pół – wydechu zaczyna mówić.
-         Jeszcze nikt o tym nie wie, ale niedługo zaczną się poważniejsze zmiany w resorcie. Parę osób odejdzie. Ja również. – mówi nienaturalnie spokojnie. Jakby ta kwestia w ogóle nie dotyczyła jego osoby. – Chciałem Cię osobiście uprzedzić. Chcę, żebyś była przygotowana, żebyś wiedziała.
Automatycznie sięgam po gumkę na nadgarstku i zaczynam ciągnąć i puszczać. Major wstaje, obchodzi biurko lekko pochyla się nade mną i ciepłą dłonią chwyta mój nadgarstek.
-         Miałem nadzieję, że już się z tego wyleczyłaś. – pochyla się nade mną jeszcze bardziej i w ojcowskim geście całuje w czoło.
Odsuwam się od niego. Nie chcę jego czułości. Zostawia mnie na pastwę hien. Doskonale wie co się będzie działo, wie jak zażarta zacznie się walka o stołki. W kociołku parę osób „wyparuje” ze względu na krótki staż, inni będą bezpardonowo i nachalnie narzucać się wybrańcom na stałych stanowiskach. Ja zostanę „bezpańska” więc przydzielą mnie do pierwszego lepszego na wyższym stołku, albo do następcy majora, bo przecież po tak długim czasie doskonale wiem gdzie szukać każdego najmniejszego świstka, który przeszedł przez moje i majora ręce.
Kryszkowiak przez cały czas trzyma mój nadgarstek nie pozwalając mi dosięgnąć do gumki. Jestem na niego zła, jednak nie potrafię mu tego okazać w bardziej widoczny sposób. Czuje jak adrenalina zaczyna krążyć mi w żyłach. Fala gorąca zalewa moje ciało i najchętniej zaczęłabym wrzeszczeć na całe gardło, ale nie mogę. Siedzę wmurowana w krzesło niczym posąg. Mija jeszcze parę ładnych minut, aż wreszcie major wstaje puszczając moją rękę i powoli wychodzi z mojego biura. Kiedy zamyka za sobą drzwi dociera do mnie że coś w jego sylwetce, się zmieniło. Jakby te parę minut dodało mu kilkanaście lat. Sama nie umiem sprecyzować dlaczego, ale nagle robi mi się go strasznie żal. Złość mija i nagle robi mi się strasznie zimno.                         

*          *          *
  
Parę minut po siedemnastej wychodzę z pracy. Przechodzę przez główne wyjście i widzę Olgę opartą o nasz filar z czerwonego piaskowca w stylu ART. DECO z lewą ręką opartą na prawym biodrze, a w opuszczonej prawej trzymającą zapalonego papierosa. Mała czarna przylega szczelnie do jej ciała i kończy się tuż na kolanami eksponując nieziemsko zgrabne nogi. Nie wiem jakie odczucie najpierw do mnie dociera – zachwyt nad obrazkiem z Olgą przypominającą fotografię Rity Hayworth z „Gildy”, czy szok spowodowany widokiem smugi dymu wydobywającego się z jej kształtnych bordowych ust. Przymykam oczy, żeby wypalić w pamięci ten widok. Kiedy otwieram oczy widzę też bacznie przypatrującego się jej policjanta. Olga dostrzega mnie i szybko podnosi dłoń do ust żeby wciągnąć kolejną dawkę nikotyny.
-         Nie byłyśmy dziś umówione. – mój głos wpada w dziwnie wysokie tony.
-         Nie wygłupiaj się, do kliniki zawsze jeździmy razem.
Przez sposób w jaki wypowiada to zdanie, wiem, że jest na mnie wściekła. Nie miałam okazji porozmawiać z nią dłużej na temat „przygody” w bramie. Rzuciłam tylko przez telefon kilka zdawkowych słów z prośbą o zapisanie mnie jak najszybciej. Olga znając „bardzo dobrze” jednego z lekarzy potrafi załatwić badanie w ciągu jednego dnia, a ja chyba nie wytrzymałabym w niepewności dłużej. I tak zdaje sobie sprawę że czeka mnie ta sama procedura jeszcze za dwa tygodnie i potem jeszcze raz po miesiącu. Nie mogę sobie przypomnieć kiedy ostatnio pozwoliłam sobie na taki wybryk.
Olga zaciąga się jeszcze raz po czym rzuca papierosa na chodnik i w charakterystyczny sposób wciera w ziemię podbiciem czarnej szpilki na oczach zdziwionego policjanta. Mam ochotę parsknąć śmiechem widząc wewnętrzną walkę jaka maluje się na twarzy stróża prawa, ale Olga bierze mnie za łokieć i prowadzi do taksówki zaparkowanej kilka metrów dalej nie pozwalając się wystarczająco nasycić tym widokiem.
-         Ja naprawdę nie rozumiem o co chodzi. Czy odezwała się Twoja autodestrukcyjna podświadomość, czy po prostu na chwilę zupełnie przestałaś myśleć.
Teraz dochodzi do mnie, że przyjechała, bo się o mnie boi. Zbyt często musiała mnie ratować, zbyt często widziała jak łatwo przychodzi mi pogrążanie się w tej głębokiej czerni, która dławi bólem i nie pozostawia miejsca na nic innego. Musze ją uspokoić. Muszę wytłumaczyć, że wszystko będzie dobrze, że wytrzymam. Szukam w głowie odpowiednich słów, ale zamiast tego wyrywa mi się:
-         Kryszkowiak odchodzi....
-         To dlatego???? – jej źrenice robią się ogromne.
-         Nie... cholera, Olga daj mi się normalnie wygadać. Kryszkowiak dziś do mnie wpadł i powiedział, że szykują się jakieś odgórne zmiany i między innymi on odchodzi. Nie wiem co się dzieje i jestem zła, ale dam radę – naprawdę. Przyrzekam nie zrobię już nic głupiego. Nie martw się o mnie.
-         Ale ten obcy, w bramie... jezuuuu Izra, to było skrajnie nieodpowiedzialne, przecież wiesz.
-         Wiem, przepraszam. Sama nie wiem jak to się stało i głupio mi, naprawdę.
Przechylam się w jej stronę i przytulam do siebie najmocniej jak się da. Jej ciało najpierw spięte, po chwili się rozluźnia.
-         Nigdy więcej mnie tak nie strasz. – mówi gdzieś po stronie moich pleców. – Słyszysz, nigdy więcej. Za stara na to jestem.
Ty nigdy nie będziesz stara – prycham. – Ale przyrzekam. Wszystko będzie dobrze. Musi być. – uśmiecham się wtulając się w nią mocniej i zaciągając się jej zapachem zmieszanym z Chanel no.5.    

piątek, 1 sierpnia 2014

Grzmoty i błyskawice - obserwator...

Upał.... jak zbyt słodkie perfumy starszej kobiety, oblepia dusznym powietrzem, każdy najmniejszy kawałek odkrytego ciała. Gorąco wypełnia płuca, odbiera siły i spowalnia ruchy. Nawet jazda na rowerze zamiast przyjemnością staje się udręką. Jedynie szybszy beat w słuchawkach prowokuje do działania. Powtarzam tekst tak szybko jak go słyszę „I’ve been waiting all night for you to tell me, tell me that you need me, tell me that you want me” i nadaje odpowiedni rytm, wymuszam szybsze poruszanie mięśni.

Od kilku dni czuję jak jego wzrok wędruje po moim ciele. Nawet teraz skupiona na pedałowaniu czuję przez moment zimniejszy „oddech” powietrza gdzieś w okolicy karku – przeczucie, oznaka, że znów na mnie patrzy. Dwa dni temu pochwyciłam jego spojrzenie, wychodząc z biura. Poczułam te dziwne ciarki rozchodzące się po kręgosłupie i odruchowo zaczęłam się rozglądać – stał po drugiej stronie ulicy i na ułamek sekundy udało mi się spojrzeć prosto w jego oczy. I to dziwne wrażenie, że na moment czasoprzestrzeń była skupiona, zawieszona w tej krótkiej wymianie naszych spojrzeń. W uszach słyszałam przyspieszony rytm własnego serca i nie mogłam zrozumieć dlaczego.

Przez dwa dni próbuję sobie przypomnieć, skąd go znam. Gdzie widziałam jego zbyt dużą sylwetkę, lekko zarysowaną szczękę, z blond czupryną i jasnymi oczami i nie wiem. Nadal nie wiem, choć wiem, że odpowiedź czai się tuż, tuż pod powiekami, gdzieś w ciemnych zakamarkach mojej pamięci.

Jestem już blisko domu, więc odruchowo zwiększam tempo i pomimo nieznośnej duchoty, czuje kolejny lodowaty podmuch. Tym razem to mój świadomy wybór by go zignorować. Niech sobie patrzy, niech śledzi. Ja też się zabawię, narzucę swoje zasady i zobaczymy, kto będzie miał większą frajdę. W domu odstawiam rower i ściągając rzeczy w pośpiechu wbiegam pod prysznic, by letnią wodą zmyć z siebie lepkość upału, by zmęczenie spłynęło strugami z mego ciała, by być rześką i gotową na intensywne przeżywanie nocy.


*          *          *


Jest wcześnie, lecz ciężkie burzowe chmury wzmagają poczucie nadchodzącego mroku. Delikatne pomruki gromów słychać już od godziny. Moje ciało wyczulone na ten rodzaj dźwięku, zaczyna reagować. Wewnętrzne napięcie coraz bardziej skłania do myśli o zbliżającym się rozedrganiu. Nie mogę się skupić na lekturze, bo w wyobraźni już widzę nawałnicę, która nadchodzi powoli, lecz nieuchronnie. Odkładam książkę i podchodzę do okna, by podziwiać różne odcienie fioletu zwiastujące piękne widowisko na niebie, ale mimowolnie spuszczam wzrok niżej by odszukać zarys jego samochodu. Widzę jedynie dach, bo stoi zaparkowany tuż pod moją bramą. Błyskawica rozświetla niebo na ułamek sekundy i jak w czasach dzieciństwa zaczynam odliczać do momentu, aż rozlega się grzmot. Jeszcze trochę, jeszcze czas.... pojedyncze krople wygrywają dziwnie „poszarpane” takty jak w „Święcie Wiosny” Strawińskiego.

Czas wybrać strój. Najpierw zapach – Acqua di GIOIA świeży, delikatny z odrobiną słodyczy. Koronkowy czarny biustonosz i figi do kompletu – tak, to wystarczy, by czuć się kobieco, jeszcze szary lekko rozkloszowany trencz podkreślający talię i czarne absurdalnie wysokie szpilki – jestem gotowa. Deszcz na parapecie przeszedł z mezzo forte i wygrywa teraz fortissimo. Gromy z ledwo słyszalnych stały się wyraźniejsze. Już czas. Wychodząc robię krok w stronę kuchni i wyciągam z drewnianego stojaka ostry cienki nóż do filetowania, chowam go do kieszeni płaszcza – chce go nastraszyć, nie zranić. Otwieram bramę i mijam jego samochód miarowo stukając obcasami, mocno skupiając się na utrzymaniu równowagi. Nie muszę się obracać. Wiem, że pójdzie za mną. Krople deszczu są duże i ciężkie. Przez parę sekund mam ochotę zasłonić rękami głowę, ale się powstrzymuje. On patrzy i nie wolno mi okazać najmniejszej słabości, odrobiny wahania. Idę przed siebie, odliczając krokami odstępy czasu, równomierne, jednostajne. Moje ciało napięte do granic możliwości – oczarowane każdą jasną błyskawicą, wsłuchane w każdy najdelikatniejszy pomruk grzmotu. Burza wyostrza moje zmysły, pobudza wewnętrzne nieokiełznanie. Skręcam w prawo i zaczynam kluczyć wśród starych kamieniczek. To mój teren, to zakątki, które znam na pamięć. Wiem które płyty chodnikowe omijać, by nie wpaść w pułapkę.             

Szum dokoła mnie się wzmaga. Ściana deszczu zalewa wszystko, ulica lśni mokrą taflą odbijając jedynie nikłe światło pojedynczych latarni. Pasemka włosów przyklejają mi się do twarzy. Trencz nie chroni mojej skóry wystarczająco. Krople wody wytyczają stróżki tuż pod nim. Grzmoty odbijają się echem od kamiennych podwórek potęgując wrażenie grozy. Błyskawica jak gałąź jabłoni z trzema odnogami rozświetla na chwilę całe niebo i już po chwili przeraźliwy grom ogłusza mnie zupełnie. Jestem mokra i spragniona. Skręcam raptownie w lewo i przyśpieszam krok, by ukryć się w cieniu bramy przelotowej pomiędzy dwoma kamieniczkami. Wyciągam nóż. Parę sekund i widzę jak on robi trzy kroki i nagle staje rozglądając się w półmroku uliczki. Idzie przed siebie, potem się cofa zaglądając do każdej bramy, wreszcie wchodzi do tej, zajętej przeze mnie. Dopadam do niego w pół – oddechu, trzymając nóż przed sobą i popychając go na ścianę.

-          Czemu mnie śledzisz??? Czego chcesz????

Nie rozumie. Mruga mokrymi od deszczu rzęsami i nie wie, co mi odpowiedzieć.

-          Rozepnij koszulę!!! – mój głos brzmi władczo.

Przez chwilę patrzy mi prosto w oczy zastanawiając się, potem jednak unosi ręce i powoli rozpina guziki przemoczonej koszuli. Kiedy kończy, przysuwam się bliżej i sztychem delikatnie wyznaczam ścieżkę od krtani do lewego sutka i jeszcze niżej do ładnie wyrobionych mięśni brzucha. Nie nacinam skóry, tylko się drażnię – bawię tak samo jak on śledząc mnie ostatnie dni. W jego oczach nie widać strachu, jedynie zdziwienie. Sięgam wolną ręką niżej w stronę rozporka i bezceremonialnie pocieram kilkakrotnie ręką wybrzuszenie. Rozwiązuje pasek płaszcza i pozwalam żeby patrzył – żeby się nasycił widokiem. Kolejny grzmot potężnym hukiem wdziera się w nasze uszy. Nie słyszę, lecz widzę jak jego jabłko Adama podnosi się i opada – przełyka ślinę. Robię jeszcze pół kroku i nasze sylwetki stykają się, ciało przy ciele skóra przy skórze, mokre przy mokrym. Pomimo moich wysokich obcasów nadal przewyższa mnie o pół głowy. Wpijam się w jego szyję lekko podgryzając i ssąc tuż przy tętnicy nadal pocierając jego krocze. Smakuje lekko słono. Próbuje mnie objąć, ale wtedy mocniej napieram ostrzem na jego brzuch delikatnie nacinając skórę i jego niezgrabne duże ręce opadają wzdłuż ciała. Odsuwam się na krok wciąż celując w niego ostrzem.

-          Ściągnij spodnie. – tym razem bardziej syczę, niż mówię.

Robi przeczący ruch głową.

-          Ściągaj, do cholery, bo naprawdę go użyję. – prawie krzyczę przystawiając mu nóż do krtani.

-          Schowaj go a zrobię wszystko, co będziesz chciała. – odpowiada czule, jakby mówił do dziecka.

Mrużę oczy ze złości. To nie jego gra, nie on dyktuje warunki.

-          Proszę. – mówi miękko, błagalnie i to jedno słowo łagodzi moją furię. Chowam nóż do kieszeni.

On wykonuje polecenie i już jest mój. Przyklejony plecami do wilgotnego tynku z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała jest zdany tylko na moją łaskę. Jeszcze chwile droczę się dłonią obejmując jego członka i wodząc w górę i w dół, by po chwili odsłonić żołądź i opuszkiem palca rysować ejakulatem kółeczka przy ujściu cewki i na wędzidełku. Słyszę grzmot i przechodzi mnie dreszcz. Dość tej zabawy chcę go w sobie poczuć. Pokazuję mu figi i rozkazuję:

-          Rozerwij je. – nie czeka nawet sekundy. Potem raptownie wstaje i lekko mnie unosi, jednocześnie obracając i opierając o ścianę.

Moje nogi instynktownie obejmują go w pasie i czuje jak wpycha się we mnie jednym szybkim ruchem. Jest mokro, na mnie i we mnie. Czuje jak wypełnia mnie całą. Jest gorąco, nasze oddechy i przyspieszone drżenie. Szum deszczu i grzmot gdzieś w oddali. Nasze ruchy pośpieszne, naglące bez zbędnych czułości. Tylko szybszy rytm serc, szalejące pulsy. Czuję jak balansujemy oboje na krawędzi ocierając i zanurzając się w sobie nawzajem jeszcze chwila, moment, sekunda, zwiększamy oboje tempo i nie ma odwrotu – przepadam w spazmach rozkoszy rozpadając się na miliony kawałków. On dołącza po chwili drgającym ciepłem w moim wnętrzu. Mój trencz ślizga się w dół po wilgotnej ścianie. On tuż obok z oddechem wciąż przyspieszonym. Deszcz nadal pada. Burza odeszła......

niedziela, 20 lipca 2014

Cienka granica pomiędzy... c.d.


Zastyga nade mną. Nadal wpatruje się w moje oczy, jakby szukając w nich najmniejszego wahania.

-          Jesteś pewna???

Jego głos, zachrypnięty pożądaniem i to czujne spojrzenie na chwilę rozbudzają we mnie kolejny żar, ale jestem zbyt zmęczona żeby móc się w nim całkowicie rozpalić.

-          Jestem pewna. – mówię spokojnie, pewnym siebie tonem.

Teraz to ja unoszę się lekko i wpijam w jego usta. Mój język pobudza, opanowuje, wwierca się jak najgłębiej, jak najmocniej udowadniając, że wiem, czego chcę. Odrywam od niego usta i unoszę jeszcze wyżej sięgając językiem jego małżowinę. Mój język znów zaczyna tańczyć. Mark wydaje z siebie przeciągły jęk.

-          Jeszcze nieeeee….

Grzecznie wycofuje się więc na poprzednią pozycję. On łapie moje nadgarstki i kładzie się na mnie płasko opierając głowę o moje ramie. Jego ciało jest zbyt ciężkie, żebym mogła swobodnie manewrować i każdy mój ruch przypłacam dodatkowym bolesnym obtarciem. Teraz leży na mnie całym ciężarem i unieruchamia mnie zupełnie. Słyszę jego przyspieszony oddech i czuje teraz już twardy członek napierający na moje udo. Nie wiem, dlaczego znów się zatrzymał, nie rozumiem, dlaczego po prostu sobie nie ulży. Jest mi ciężko oddychać, ale boje się ruszyć. Mija parę minut w ciągu, których zdążyłam całkowicie ostygnąć i wreszcie jego oddech się uspokaja. Zaczyna całować moje ramię i lekko się unosi, uwalniając moją prawą rękę, by swoimi palcami poocierać delikatność pomiędzy płatkami. Wykorzystuje ten moment żeby szybko wślizgnąć rękę pomiędzy nas i dłonią objąć jego nabrzmiały penis. Udaje mi się poruszyć wzdłuż całości dwa razy i na moim udzie czuje śliskość ejakulatu.

-          Musiałaś, prawda??? Nie byłabyś sobą gdybyś odpuściła??? – syczy mi w obojczyk i zaczyna swoim zarostem drażnić szyje.

Ssie ucho i zaraz schodzi niżej by końcówką języka zostawić mokry ślad na tętnicy. Powoli wracają dreszcze. Staram się nadal miarowo poruszać dłonią i delikatnie opuszkiem pocierać wędzidełko, ale Mark umyślnie unosi się i gwałtownie zmienia pozycję, kiedy mój palec jest zbyt blisko celu jednocześnie swoimi palcami wciąż próbuje pocierać, moje wejście. Zaczyna mnie męczyć ta zabawa w uniki. Kiedy znów unosi się próbując uciec, szybko łapię go poniżej za jądra i mocniejszymi uściskami przesuwam kilkakrotnie do jego podbrzusza. Z jego gardła wydobywa się jakiś przeciągły charkot. Jednym susem unosi się i rozchyla maksymalnie moje uda. Namierzając wbija się we mnie gorącym i twardym palem. Wciągam raptownie powietrze i przez chwilę ból jest tak mocny, że przed oczami wirują mi czarne plamki. Potem czuje jak nadziewa się na mnie powoli, całkowicie, do samego końca. Jego żołądź raz za razem uderza głęboko wewnątrz mnie. Czuję zbyt mocno, zbyt nachalnie. Zbyt boleśnie. Zmienia pozycję układając moje biodra jeszcze niżej. Jego ramiona unoszą lekko moje i jego dłonie trzymają moją twarz z obu stron. Przez cały czas wbija się we mnie miarowymi pchnięciami. Jego usta delikatnie kładą się na moich.

-          Spójrz na mnie. – szepcze. – Chcę widzieć twoje oczy.

Podnoszę powieki i widzę jego skupiony wyraz twarzy. Jego ruchy są coraz szybsze, więc choć brak mi sił i ja staram się dopasować do jego rytmu. Jeszcze troszeczkę, dam radę. Kropla potu z kosmyka jego włosów ląduje na moim nosie i tak bardzo chciałabym ją zetrzeć. Jestem zmęczona, spuchnięta i obolała. Chcę żeby skończył. Chcę już iść do domu. Mark zmienia tempo i znów wbija się we mnie powolnymi długimi pchnięciami po same jądra, nie są tak bolesne jak wcześniej, są dziwnie przyjemne. Nadal patrzy na mnie, obserwując każdą najmniejszą zmianę mimiki. Nie wiem, na co czeka, ale wiem, że umie czytać moje ciało lepiej niż ktokolwiek inny i jakiekolwiek próby udawania mogą kosztować mnie więcej niżbym sobie tego życzyła. Znów mnie całuje ani na chwilę nie zamykając powiek. Czuje się bardziej naga niż zwykle. Jakby otwarte oczy odzierały mnie z resztek woalu zakrywającego kształt duszy.

-          Wiem, że już cię nie boli. Chcę żebyś była ze mną do samego końca.

Dociera do mnie, że przez cały czas wiedział, że robił to świadomie. Nasze ruchy są szybkie, gwałtowne, mlaskające. Moje wnętrze pulsuje coraz mocniej i wreszcie przepadam łapiąc urywane oddechy i ciągnąc ściśniętego i rozedrganego we mnie Marka. W ostatnim przebłysku widzę jego pociemniałe tęczówki patrzące na mnie niewidzącym wzrokiem. Potem słyszę jak wtulony w moje ramię powtarza wciąż to samo słowo.

-          Moja, moja, moja……..

niedziela, 22 czerwca 2014

Cienka granica pomiędzy...

Mark niespiesznie pobudza moje ciało, rozgrzewa je swoim wewnętrznym ogniem. Wciąż pachnie mokrą trawą i deszczem co w specyficzny sposób mnie rozczula i na chwilkę zapominam gdzie jestem. Zna moje ciało, wie jak mnie dotykać. Jego wargi kąsają zgięcie obojczyka, a sprawny język kręci koronkową drogę wzdłuż tętnicy. Potem znów schodzi niżej by wreszcie „odpakować” mnie z kokonu ręcznika. Jego gorące ręce przywierają do mojej talii i po chwili jego twarz ląduje pomiędzy piersiami drażniąc zarostem delikatną skórę, scałowując mostek i dążąc dalej w dół. Skrzętnie omija piersi doskonale wiedząc, że ta strefa mojego ciała pozbawiona jest stref rozkoszy. Widzę jego mokrą czuprynę z niesfornymi kosmykami na mojej klatce piersiowej. Jego mokra koszula nieprzyjemnie raz po raz smaga moje nogi i nie pozwala mi się skoncentrować, więc wreszcie syczę:
-          Jesteś mokry, rozbierz się wreszcie.
-          A Ty wciąż sucha, ale daj mi chwileczkę i to naprawię.
W paru ruchach schodzi ze mnie ściąga koszulę i dżinsy i znów dopada do mnie jak spragnione zwierze do wodopoju. Kąsa, całuje liże dłużej zatrzymując się na wgłębieniu pępka. Kiedy schodzi zbyt nisko moje ręce automatycznie zaciskają się na jego włosach i raptownie podciągają w górę.
-          Przepraszam. – szepcze skruszony patrząc mi prosto w oczy.
Ale ja wiem, że zawsze będzie próbował, że nie umie zrozumieć podstawowych zasad i wytyczonych granic. Nie rozumie i nigdy nie zrozumie, że ramy jakie wytyczyłam były dla dobra nas obojga. Nauczył się mojego ciała na pamięć, ale tak naprawdę mnie nie zna. Nie wie o mnie nic. Siedem długich lat gierek, erotycznej zabawy i emocjonalnej szarpaniny to za mało, żeby powstała prawdziwa więź.
Tym razem jego usta wpijają się w moje natarczywie prawie boleśnie. Oddaje pocałunek równie zachłannie. Nasze języki splecione i drążące. Pochłonięte namiętnością i niczym więcej. Na chwile odrywa się od moich ust tylko po to by poślinić palec wskazujący i środkowy. Przylega do mnie lewą stroną a jego prawą dłoń czuje pomiędzy udami. Przez chwilę pociera mocno wejście pomiędzy płatkami, by zaraz wcisnąć oba palce wewnątrz, szybko i z większym niż się spodziewał oporem.
-          Rozluźnij się, wiem że możesz. – szepcze mi wprost do ucha. – Chcę Cię porozpieszczać, wiesz, że potrafię.
Przez ułamek sekundy korci mnie, żeby zrobić mu na złość, ale zaraz mi mija. Dziś nie chcę z nim walczyć. Jego dwa palce poruszają się wolno, ale rytmicznie lekko drgając przy każdym wejściu wewnątrz. Potem dołącza jeszcze delikatne muśnięcie łechtaczki kciukiem. Skupia się na tych ruchach i nie musi długo czekać na efekt. Fale gorąca rozchodzą się po moim ciele jedna za drugą. Łapię urywane oddechy i rozgrzewam się maksymalnie tracąc ostrość obrazu przed oczami.
-          Widzisz jakie to proste – wystarczy że się troszeczkę poddasz i może być tak przyjemnie. Już jesteś mokra, cała mokra, tylko dla mnie. – szepcze i po chwili końcówką języka znów znaczy szyję wzdłuż tętnicy.
Chciałabym umieć się powstrzymać, ale ciało samo dąży do spełnienia. Szum w uszach narasta i zostaje jedynie drżenie wewnątrz mnie. Zbyt szybko, zbyt gwałtownie, zbyt mocno, cała jestem jednym wielkim rozedrganiem jakby nic poza nim nie istniało.....
Nie mam siły, jakby nagle ktoś wyssał ze mnie całe powietrze. Jakby drżenie sprzed minuty wypompowało ze mnie resztki siły życiowej.
-          Jesteś taka piękna tuż po. – mówi Mark po dłuższej chwili.
Leży na mnie całym ciężarem wtulając twarz w zagięcie obojczyka i opuszkami palców rysując linię wzdłuż prawego boku. Czuje jak jego penis delikatnie drga gdzieś w okolicy mojego uda, ale Mark udaje, że jest w stanie to zignorować. Jakby odkładanie własnych potrzeb było jednym z najbardziej naturalnych odruchów. Przez chwilę nie jestem w stanie się ruszyć więc jedynie unoszę lekko dłoń i mimowolnie palcami przeczesuje jego gęstą czuprynę. Czuje ten specyficzny rodzaj zmęczenia i odrętwienia, wiedząc że za chwilę przyjdzie fala chłodu. Mięśnie przestaną rozgrzewać od wewnątrz i zostanie jedynie zimny pot na skórze. Chcę żeby ciepło zostało na dłużej i chce wymusić jego spełnienie. Choć brak mi sił zaczynam minimalnie się poruszać pod jego ciężarem próbując ocierać udem o napletek tańczącego penisa. Jest zbyt ciężki, żeby ruchy były odpowiednio rytmiczne, jednak Mark reaguje szybciej niż bym przypuszczała. Podpiera się na rękach i znów całuje mocno. Aż do bólu. Odrywa się raptownie wpatrując się swoimi rozszerzonymi źrenicami w moje oczy.
-          Przecież masz dosyć, teraz to będzie dla Ciebie tortura. Dlaczego to robisz? – mówi urywanym oddechem. – Nie wytrzymam zbyt długo. Nie chcę Ci sprawiać bólu.
-     Powiedzmy że chcę.